Kpr. pchor. Marcin Helak oraz podchorążowie Karol Lewandowski i Michał Tomczak - studenci Wyższej Szkoły Oficerskiej Sił Powietrznych weszli na Mont Blanc, by w ten sposób uczcić Święto Wojska Polskiego. Wszyscy są członkami Akademickiego Klubu Górskiego "Husar", działającego od tego roku przy "Szkole Orląt". Panowie przyznają, że decyzja o takiej formie uczczenia Święta WP przyszła naturalnie. - To świetne uczucie, gdy można połączyć dwie pasje: lotnictwo i góry - mówi Marcin. Podczas wyprawy nie mogło zabraknąć barw narodowych. - Zabraliśmy ze sobą biało-czerwoną flagę, która towarzyszyła nam aż na sam szczyt. Patrząc na biało-czerwone barwy powiewające na najwyższym szczycie Europy serce się raduje - dodaje Helak.
Pasja do lotnictwa i gór
- Wspinaczką zainteresowałem się ponad rok temu, po zdobyciu Orlej Perci. Nie mniej jednak, odkąd zacząłem swoją przygodę z górami jeszcze jako młody chłopak, byłem świadom, iż wspinaczka jest nieodłącznym elementem zdobywania wyższych szczytów - przyznaje Karol Lewandowski, który do tej pory zdobył: Kralova Hola, Rysy, Kozi Wierch, turystycznie Czerwone Wierchy oraz aktualnie Grossglockner i Mont Blanc.
Marcin Helak zainteresował się górami, gdy skończył 18 lat. Pasja ograniczała się wówczas do górskich wycieczek głównie po Tatrach. Na poważnie przygodę z górami rozpoczął 6 lat temu. Od razu "wypłynął na głębokie wody", ponieważ pierwszą wyprawę odbył w 2010 roku właśnie na Mont Blanc. - Po zdobyciu szczytu czułem, że jest to coś więcej, niż zwykła pasja. Nie tylko widoki, ale i emocje, jakie towarzyszą podczas wspinaczki i zdobycia szczytu uzależniają. Nie da się tak po prostu odpuścić. Organizm łaknie więcej - przyznaje Helak. Do tej pory zdobył Aconcagua - najwyższy szczyt Ameryki Południowej, Elbrus - najwyższy szczyt Kauzu, Kilimandżaro - najwyższy szczyt Afryki, Mauna Kea - najwyższy szczyt archipelagu Hawajów. Wspinał się na najwyższy szczyt Ameryki Północnej - Denali oraz Muztagh Ata położony w chińskiej części Pamiru.
Pomysł na wyprawę na najwyższy szczyt Europy zrodził się w czasie, kiedy Akademicki Klub Górski "Husar" stawiał pierwsze kroki. - Wszystkie dotychczasowe kursy i szkolenia podyktowane były m.in. temu przedsięwzięciu - mówi Marcin, który pomysłem na zdobycie Mont Blanc podzielił się z Karolem już na początku tego roku. - Byłem podekscytowany i chciałem się przygotować w stu procentach. Dlatego wziąłem udział w trzech półmaratonach w Warszawie, Poznaniu, Lublinie w każdym kolejno poprawiając swoją życiówkę oraz w Triathlonie w moim rodzinnym mieście - Piasecznie, które serdecznie pozdrawiam - mówi Karol.
W drodze
Wyprawa rozpoczęła się w Poznaniu. Stąd śmiałkowie wyruszyli do Austrii, do schroniska Lucknerhaus (2241 m n.p.m). - Wyjechaliśmy ok. godz. 20 i rano byliśmy na miejscu. Zjedliśmy, ubraliśmy mundury i ruszyliśmy w kierunku schroniska Studlhutte (2802 m n.p.m) - opowiada Helak. Następnego dnia, jeszcze przed wschodem słońca, ruszyli na szlak. Pierwszą przerwę zrobili w schronisku Erzherzorg po kilku godzinach drogi przez lodowiec oraz via ferratę. Kiedy wychodzili pogoda pogorszyła się do tego stopnia, że z trudem odnajdywali szlak.
Pokonując kolejne odcinki oraz samą grań wreszcie zdobyli Grossglockner`a, na którym byli niespełna pięć minut. Po powrocie do schroniska Lucknerhaus i odpoczynku ruszyli do Chamonix we Francji, miasta z którego miała się zacząć właściwa ekspedycja. Trzeba było jeszcze wjechać gondolą a następnie górską kolejką do miejsca zwanego Nid d`aigle (2372 m n.p.m), z którego zaczynała się droga na szczyt. Po 8 godzinach drogi dotarli do schroniska Gouter (3815 m n.p.m) z przerwą na posiłek w schronisku Tete Rousse. Resztę dnia poświęcili na regenerację.
Dzień ataku szczytowego zaczął się o 2:00. Po śniadaniu o 4:00 byli już na szlaku. - Nie zapomnę rozciągającego się widoku osób kroczących z czołówkami jeden za drugim - mówi Lewandowski. Ludzie wyglądali jak rozłożone lampki choinkowe pnące się w górę. W trakcie marszu panowie mogli podziwiać wschód słońca oraz blask, jaki promienie rzucały na alpejskie łańcuchy górskie pokryte śniegiem. Po 4,5 godzinie dotarli na najwyższy szczyt Europy. - To wspaniała kumulacja wszystkich pozytywnych emocji. Pamiętam głos w mojej głowie "to tutaj, daliśmy radę" - wspomina Karol.
Radości nie było końca. Był czas na rozwieszenie flagi Polski, uściski dłoni, sesję zdjęciową, telefony do najbliższych.
Najtrudniejsze chwile
Zdaniem podróżników mieszanka podekscytowania, radości oraz ciekawości przyćmiła uczucie strachu. - Jako najtrudniejszy moment wyprawy wspominam na grani tuż przed najwyższym szczytem Austrii - Grossglocknerem (3798 m n.p.m) oraz w trakcie pokonywania tzw. Wielkiego Kuluaru nazywanego również Rolling Stones w trakcie podchodzenia pod Mont Blanc - mówi Karol. W pierwszym przypadku panowie, aby dostać się na szczyt, musieli poruszać się po półmetrowej grani pokrytej śniegiem. - Po obu jej stronach strome zbocza, których końca nie widać przez słabe warunki atmosferyczne, do tego pierwszy raz przyszło mi przebywać na takiej wysokości co powodowało lekki dyskomfort - wspomina Karol. W drugim przypadku, aby podążać dalej szlakiem w kierunku Mont Blanc, trzeba było pokonać ok. 50-metrowy odcinek tzw. trawersem. Słynie on z występowania częstych lawin kamieni, lodu i śniegu wszelakich rozmiarów, spadających ze sporej wysokości.
Wyprawa dedykowana koledze
Panowie zadedykowali wspinaczkę na Mont Blanc koledze, który jeszcze niedawno dzielił z nimi trudy podchorążackiego życia. W jednej chwili marzenia o służbie w Siłach Powietrznych RP legły w gruzach. - Wypadek motocyklowy spowodował u Konrada porażenie czterokończynowe, przez co przykuty jest do wózka inwalidzkiego - mówi Helak. - Nasza wyprawa była jedną z wielu inicjatyw, które mają pomóc Konradowi i jego rodzicom w zbiórce funduszy na leczenia - kończy Marcin.
Komentarze