Reklama

W Rykach zostaliśmy mile przyjęci - mówi Jakub Michnikowski

O pobycie w Rykach i pracy na planie podczas kręcenia filmu ,,Balony'' mówi reżyser Jakub Michnikowski.

Z Jakubem Michnikowskim, reżyserem i scenarzystą filmu "Balony" rozmawia Mariusz Nastalski

Jak to się stało, że trafił Pan do Ryk? 

Po roku przerwy poszukiwałem lokalizacji do kontynuacji zdjęć filmu, który w 95% był już zrealizowany na Warmii i Mazurach oraz Suwalszczyźnie. Ze względu na trudność zdjęć i możliwości budżetowe szukałem miejsca blisko Warszawy. Eksplorując tereny wzdłuż Wisły, zahaczyłem o Ryki. Spodobało mi się tu kilka urokliwych miejsc pasujących do formy wizualnej filmu, które w wyniku starań i życzliwości mieszkańców udało się zaadaptować scenograficznie. Gdy zapukaliśmy do sąsiadujących drzwi interesującej mnie lokalizacji okazało się, że mieszkająca tam pani jest mamą mojej koleżanki ze studiów doktoranckich w Łódzkiej Szkole Filmowej z Wydziału Reżyserii - Edyty Wróblewskiej. To był zbieg okoliczności, który pozwolił mi poznać panią Zdzisławę Wróblewską, której nieraz będę jeszcze dziękować za pomoc. W miasteczku otrzymaliśmy bardzo duże wsparcie ze strony mieszkańców, urzędu miasta oraz ryckiego Centrum Kultury i Sportu. Jest mi bardzo miło, że zostaliśmy tak pozytywnie i serdecznie przyjęci. Nie zawsze jest to takie oczywiste.

Reklama

Proszę powiedzieć kilka słów o filmie

"Balony" to trzydziestominutowy film fabularny. Jest to tragikomedia. Opowiada o rodzinie. Ojciec w dość absurdalnej próbie pobicia rekordu świata widzi szansę na poprawę losu swoich bliskich. Jednocześnie ucieka od realnych problemów, od komunikacji i otwartej rozmowy. Sytuacja, w której zastajemy rodziców i dwójkę ich dzieci jest dość nietypowa. Konflikt eskaluje: żona wykrada ukochane zwierzę męża i trafia z nim do niedużego baru w miasteczku, gdzie w telewizji widzi transmisję z próby bicia rekordu świata przez swojego męża. Postanawia wrócić do domu. Nie zdradzając zbyt wiele, film kończy się trochę tragicznie, a trochę komicznie, ale generalnie jest to pozytywne zakończenie. Nie chciałbym ujawniać zbyt wielu szczegółów fabuły, bo być może uda nam się zrobić w Rykach pokaz filmu dla mieszkańców. Będzie to film o potrzebie bliskości. O tym, że uczucia rodzinne są ważniejsze niż ambicje jednostki. W tym przypadku głównego bohatera - Mańka. Co do przyszłości filmu, to w pierwszych dwóch latach krótkometrażowe produkcje są zgłaszane na festiwale, czasem dostają się na duże imprezy międzynarodowe. Więc proszę trzymać kciuki, aby tak się stało. Równolegle zdarzają się pokazy krajowe np. na festiwalach w Koszalinie, Wrocławiu, Krakowie czy Gdyni. Po przebyciu drogi festiwalowej film trafia do telewizji, a na końcu na platformy VOD. Mam nadzieję, że ta opowieść będzie uniwersalna, z którą będzie się identyfikować publiczność w kraju i za granicą. 

Reklama

Jak zagrali statyści z Ryk?

Statyści byli bardzo skupieni na pracy. W języku filmowym na planie padają różne komendy. Na przykład przed ujęciem jest komenda: Cisza na planie! Dotyczy ona głównie ekipy filmowej, a nie zawsze statystów, którzy w tym przypadku mieli rozmawiać tworząc gwar miejsca. Podczas kręcenia sceny na tę komendę nasi statyści reagowali grobowym milczeniem z powodu dużego zaangażowania. Współpraca była wzorowa. Mam nadzieję, że gdy zobaczą siebie w filmie będą zadowoleni. Co do rekwizytów, to część z nich przywieźliśmy z GS-u z Sejn, część jest z Ryk. Dużo ciekawych przedmiotów otrzymaliśmy od mieszkańców Ryk, np. stary saturator lub węgierski ekspres do kawy. Dzięki tym rekwizytom udało nam się stworzyć klimat baru z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, miejsca, w którym czas się zatrzymał.

Reklama

Słynny Wiesław Michnikowski to...

Zbyt często o tym nie mówię, ale to mój dziadek - choć nie byłoby słynnego dziadka bez troski wspaniałej babci. Jego twórczość jest mi oczywiście bliska. Bywanie z nim w teatrze jako dziecko czy rozmowy otwierały moją głowę na różne rzeczy. To co robię nie jest jednak z nim związane czy np. z Kabaretem Starszych Panów, gdzie dziadek występował. Jest to odległe pokolenie i troszkę inny świat, którego w naszej przestrzeni publicznej na co dzień prawie już nie ma. Pojawia się czasami jako sentyment, świadectwo i piękna wartość naszej kultury. Dziadek nie miał takiego podejścia, by w czymś mi pomagać czy ułatwiać. Drogę reżysera i scenarzysty wybrałem sobie sam - trzykrotnie zdawałem na wydział reżyserski do szkół filmowych. To, że się tam znalazłem, zawdzięczam głównie swojemu uporowi. Zdałem wtedy, gdy już miałem wybrać inną drogę zawodową i zostać złotnikiem. W tym roku, w którym remontowałem swoją pracownię złotniczą, zostałem przyjęty na studia. 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo TwojGlos




Reklama
Najnowsze wiadomości