Artysta zmarł 4 stycznia w wieku zaledwie 42 lat. Trzykrotnie wystąpił na scenie Kwadratu Artystycznego w Rykach
O śmierci Witolda Mikołajczuka dowiedzieliśmy się z jego Facebooka.
– Kochani… z przykrością informujemy, że dnia 04.01.2024 odszedł Nasz Ukochany Witek Muzyk Ulicy. Witku zmieniłeś nasze postrzeganie świata i muzyki, jesteśmy wdzięczni za każdą wspólną chwilę, spotkania, koncerty i piękno, które dałeś światu – czytamy na fanpage’u artysty.
Witek Muzyk Ulicy wystąpił w Rykach trzykrotnie. Jego pierwszy koncert odbył się 4 sierpnia 2017 roku w Kwadracie Artystycznym. Po raz drugi charyzmatyczny muzyk uliczny odwiedził stolicę powiatu 14 lutego 2018 roku. W Kwadracie Artystycznym spotkał się z widownią podczas koncertu walentynkowego. Kolejny koncert w stolicy powiatu odbył się 2 czerwca 2018 roku. Tym razem na letniej scenie Kwadratu Artystycznego Witold Mikołajczuk zaprezentował się z zespołem.
Rycka publiczność nie chciała wypuścić Witka z podwórka przy ul. Szkolnej. "Muzyk ulicy" musiał bisować trzy razy
- Klimatyczne miejsce - zachwala artysta, który od dwóch lat grywa na warszawskich ulicach i podwórkach. Jest zawsze boso i z akordeonem. To klimatyczne miejsce to podwórko Kwadratu Artystycznego w Rykach. W tygodniu parkują tu busy dowożące towar do sklepu, ale w piątek wieczorem podwórko zmieniło się w mini amfiteatr. Szarość asfaltu zastąpiła zieleń trawy. Nad głowami widzów zawisły kolorowe proporczyki.
Na scenę kilka minut po 20 wkroczył gość specjalny - Witek Muzyk Ulicy, czyli Witold Mikołajczuk. Artysta zabrał rycką publiczność w muzyczną podróż z płytą "Gram dla Was". To pierwszy krążek Witka, który ukazał się w listopadzie 2016 r. Ponad stu miłośników twórczości nietuzinkowego artysty usłyszało największe przeboje: "Serce wolności", "Rzucę Ciebie, rzucą nas", "Ja się w Tobie zakochałem". Były też piosenki, które pojawią się na nowym krążku, jak na przykład "A ja mam kaca". Witek musiał bisować trzy razy, a po koncercie długo podpisywał autografy i rozmawiał z fanami.
Siedział za przemyt
Pochodzi ze wsi Kołczyn koło Terespola. Przez 13 lat pracował dla korporacji. Był m.in. handlowcem i prowadził firmę poligraficzną. Przez moment woził też papierosy i wódkę z Ukrainy do Norwegii. Za przemyt trafił do więzienia. Siedział 40 dni w szwedzkim Ystad. Rzucił stare życie. Od 2 lat z akordeonem przemierza warszawskie ulice oraz podwórka. Jego piosenki są chwytliwe, a jego menadżerem jest Ryszard Adamus, który do niedawna "prowadził" Maćka Maleńczuka.
Twój Głos 32/2017 (09.08.2017)
Chodzi boso, ale mówi, że jest fetyszystą butów. 40 dni siedział w szwedzkim więzieniu za przemyt. Grając na ulicy zarabia 300 zł dziennie
W życiu najważniejsze jest…
Nigdy nie dostałem takiego pytania. Ludzie zazwyczaj mówią, że zdrowie, czy Bóg. Z moich obserwacji wynika, że najszczęśliwsi są ci pogodzeni z innymi, ze światem. To ci, których praca jest pasją.
A dla Ciebie?
Na pierwszym miejscu stawiam właśnie pasję - muzykę. Ale pasją są też moje dzieci. Czarek ma 9 lat, Leon - 6. Od nich czerpię energię. I mimo, że bycie ojcem mogło mi spowszednieć to tak nie jest.
Spełniam się muzycznie - czyli żyję z pasji. Poznałem wielu wspaniałych ludzi, w wielu ciekawych miejscach byłem. Mimo wszystko dzieci są najważniejsze.
A pieniądze? One też są ważne.
Kurczę. Bardzo chciałbym być milionerem.
To trzeba zadzwonić do Huberta Urbańskiego…
Ale do tego miliona chciałbym dojść nie jakimś fartem (śmiech), tylko pracą. Pieniądze przecież dają szczęście. W ludziach istnieje przekonanie, że można je zdobyć - harując. Więc one ci brzydną. Tak jakby nie można było czegoś wymyślić i zarobić. Sting nagrał "Every Breath You Take" i kasował codziennie po 2 tys. dolarów z tantiem. To jest moje marzenie.
Ile zarabiasz grając na ulicy?
Zazwyczaj biorę ze sobą płyty (w listopadzie 2016 Witek wydał krążek "Gram dla Was" - dod. red.). Gdy gram na Starówce w Warszawie sprzedaje je po 50 zł. Wczoraj grając i sprzedając płyty zarobiłem 300 zł, przedwczoraj 200. Czasem zdarza się nawet 500.
Ile godzin dziennie pracujesz?
Około dwóch. Kiedyś grywałem sześć. Ale traciłem głos.
Jak sprzedaje się płyta?
Na ulicy i koncertach dobrze. W Empiku słabiej. Póki co poszło ok. 3 tysięcy egzemplarzy. "Złotą płytę" przyznają za sprzedaż 10 tysięcy. Trochę mi brakuje (śmiech).
Podobno obiecałeś synom, że kupicie dom na wsi i będziecie hodować krowy.
Tak. Ranczo. Ale Warszawę też lubię. I tu kłócą się we mnie dwie natury. Jedna - to jak ktoś mnie widzi - brodaty włóczęga bez butów. Lubię towarzystwo kloszardów czy bezdomnych. Lubię się powłóczyć, ubrudzić. Z drugiej strony lubię też eleganckie miejsca. Lubię zjeść w eleganckiej restauracji, czy napić się dobrej kawy.
Mam rozumieć, że Warszawa Cię nie przytłacza, że nie "rzygasz" tym miastem?
Ona jest trochę na moich warunkach. Coś na zasadzie, że najpierw jesteś niewolnikiem na plantacji bawełny, a potem właścicielem. Miejsce się nie zmieniło, tylko rola.
Warszawa należy do Ciebie?
Dokładnie. To ja decyduję, gdzie jestem i z kim. Dysponuję swoim czasem. Grając na ulicy już nic nie muszę tak jak pracując dla korporacji.
A wracając do rancza. To mam nadzieję, że kiedyś uda się je kupić. Nagrywam drugą płytę. Coraz więcej koncertuję. Praca i pasja przynoszą efekty.
Powiedziałeś w jednym z wywiadów, że w wieku 33 lat straciłeś sens codzienności.
Byłem już bardzo znudzony życiem, które prowadziłem. 13 lat zajmowałem się handlem, po tym jak przyjechałem z Podlasia do Warszawy. Miałem dosyć. Zajmowałem się drukiem i przez moment woziłem też papierosy i wódkę z Ukrainy na Norwegię. Za to trafiłem do więzienia. Siedziałem 40 dni w szwedzkim portowym mieście Ystad.
Po wyjściu przeżyłem transformację duchową i mentalną. Postanowiłem zmienić swoje życie. Zacząłem grać w domach dziecka i w szkołach podstawowych. Jako muzyk amator. Ale lepszy muzyk amator niż żaden.
Jak trafiłeś z akordeonem na ulicę?
W tamtym czasie pracowałem dla francuskiej spółki GDF Suez sprzedającej energię elektryczną. Zarabiałem całkiem niezłe pieniądze. Po 15 tysięcy miesięcznie. W pewnej chwili podpisałem duży kontrakt i dostałem prowizję - prawie 100 tysięcy złotych. Potem już żadne pieniądze nie były dla mnie cenne, rozumiesz? Czułem, że zrobiłem, co można było zrobić w tej branży. Chodziłem tu po Warszawie i spotkałem Dominikę, skrzypaczkę uliczną. Chwilę z nią porozmawiałem. Powiedziała mi, że od ośmiu lat żyje z grania na ulicy. I poczułem, że też chcę tak żyć.
Następnego dnia wziąłem więc akordeon i wyszedłem na ulicę. I tak już zostało.
Napisałeś piosenkę "Dla frankowiczów" zniewolonych przez kredyty, "Dla słoików" robiących karierę w korporacjach, "Dla Londyńczyków", którzy wyjechali za pieniądzem do Londynu. Co będzie następne?
Piosenki o komorniku, kacu i ciuchach na wagę.
Ubierasz się w ciuchlandach?
Tak. Mam na sobie koszulkę za 9 zł. W końcu nie przepłacam za ubrania. Mam za to markowe buty.
Ile par? Jesteś przecież bosym muzykiem. Sam powiedziałeś, że 7 miesięcy w roku chodzisz boso.
Czekaj. Policzę (cisza, chwila zastanowienia). Mam sześć par. W tym dwie sportowe, glany, klapki i pantofle. Jestem fetyszystą butów. Jak już zakładam jakieś, to muszą być dobre jakościowo. Na pewno muszą być skórzane.
Z Witoldem Mikołajczukiem, czyli "Witkiem Muzykiem Ulicy" rozmawiał Łukasz Prusak, Twój Głos nr 32/2017 (09.08.2017)

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze