W sezonie potrafią wyprodukować nawet pięć tysięcy butelek czerwonego i białego trunku. Anna i Tomasz Kosińscy założyli pierwszą w powiecie i okolicy winnicę
Małżonkowie z Kłoczewa są żywym dowodem na to, że nawet mało realne marzenia mogą stać się rzeczywistością. Ich nietypowe gospodarstwo budzi powszechne zainteresowanie. Podobnie jak wino, które w nim produkują. Trunek państwa Kosińskich znalazł niedawno uznanie jako jeden z lepszych w środkowej Europie. A wszystko dzięki kilkuletniej wytężonej pracy i winiarni, którą zaczynali praktycznie od zera.
Anna i Tomasz Kosińscy osiedli na wsi z wyboru. Piętnaście lat temu kupili opuszczone gospodarstwo na uboczu Kłoczewa. W skład kompleksu wchodził dom wybudowany w 1923 r., obora, stodoła, komórka i pole. Całość nadawała się do generalnego remontu, ale para nie obawiała się inwestycji. - Podobało nam się na wsi. Na początku mieliśmy zamiar korzystać z domu weekendowo. Nie planowaliśmy uprawiać pola, więc oddaliśmy je w dzierżawę większemu gospodarzowi - przyznaje pan Tomasz.
Dopiero po kilku latach pojawił się pomysł na uprawę winogron. Ciekawy był powód zajęcia się tematem, a były nim... maliny. - Mieliśmy plantację malin, które jednego roku bardzo dobrze nam obrodziły. Nie dawaliśmy rady przerabiać ich na soki, więc padł pomysł zrobienia z nich wina. I tak było przez dwa kolejne lata. W pracach pomogła nam moja mama, która kiedyś takie wino robiła - mówi Kosiński. Pierwszy domowy produkt małżonkom się udał. Wino jako trunek wzbudziło w nich zainteresowanie do tego stopnia, że po roku zaczęli sami zgłębiać temat jego produkcji.
Świeżo upieczeni mieszkańcy wsi szukali jednak potwierdzenia zrodzonej pasji. Aż zdarzyło im się pojechać na wycieczkę do Toskanii. - To najbardziej winny region Włoch. Byliśmy wtedy w tym kraju pierwszy raz, nastawieni tylko na zwiedzanie. Ale nasi znajomi, którzy dobrze znali Włochy, mieli kontakt do człowieka, który opiekuje się zamkiem w samym centrum Toskanii, więc zaprowadzili nas w to miejsce. Ciekawa okolica: nikt tam nie pił herbaty, tylko wino i wodę. Mieliśmy więc dobry czas na zgłębianie tematu wina - zauważa pani Anna.
Po powrocie Kosińscy postanowili rozejrzeć się, jak wygląda potencjał winiarski w Polsce. Znaleźli plantacje w rejonie m.in. Kazimierza Dolnego. W końcu postanowili założyć plantację u siebie. - W międzyczasie zrobiliśmy też studia podyplomowe z procesu powstawania i produkcji wina oraz o plantacji winogron (enologia). Były nam potrzebne, bo zaczynaliśmy od zera i musieliśmy nauczyć się podstaw. A przy okazji poznaliśmy wielu ciekawych ludzi, którzy później pomogli nam w prowadzeniu plantacji - opowiada pan Tomasz.
Mając wiedzę i włoskie doświadczenia nasi rozmówcy, w 2013 r. posadzili na próbę pierwszych 30 sadzonek winogron. - Na tych krzaczkach metodą prób i błędów się uczyliśmy. Brakowało nam wszystkiego. Owoce wyciskaliśmy ręką. Dopiero pierwszym kupionym urządzeniem była mała, stara praska. Miała może z 80 lat - wspomina Kosiński.
Po dwóch latach, w 2015 r., przyszła pora na rozszerzenie plantacji. Małżonkowie kupili pole i na jego części (0,6 ha) posadzili ponad 2,5 tys. winogron. - W sumie było ich 7 odmian, białych i czerwonych. Dobraliśmy takie, które w Polsce dobrze się przyjmują i są mrozoodporne. Kierowaliśmy się też degustowanymi winami. Wiedzieliśmy, z jakich winogron, jakie wina wychodzą. Wybraliśmy więc te gatunkowo najlepsze - tłumaczy pan Tomasz.
Z sadzeniem zeszło się kilka dni, w czym pomagała rodzina. Resztę wykonali małżonkowie. - Trzeba było ustawić rusztowanie, później przecinać, prowadzić pędy i plewić. Męczyliśmy się. Dopiero jak kupiliśmy traktor i glebogryzarkę, zrobiło się łatwiej - mówi pani Anna. Produkcją wina, jak i butelkowaniem Kosińscy również zajmują się sami. Zaś w 2020 r., po przejściu skomplikowanej procedury, zyskali możliwość sprzedaży swoich trunków.
Z tą chwilą powstała nowa marka na rynku winiarskim. Trunki Kosińskich mają własną nazwę i logo. - Od naszych imion nazywają się „Tomani”, co brzmi trochę po włosku. Z kolei w logo użyliśmy niedźwiedzia, by podkreślić gminę Kłoczew. Tak samo jest na etykiecie. Oprócz naszego gospodarstwa, widać na niej wieżę kłoczewskiego kościoła - tłumaczy pani Anna.
Tak opatrzone butelki czerwonego, wytrawnego i białego, półsłodkiego wina ruszyły w Polskę. - Póki co można je kupić u nas, ale znajdują się też w Warszawie i w Puławach. Zainteresowanie wyraziło też centrum kultury w Rykach i muzeum w Dęblinie, gdzie mają powstać kawiarnie. Chcielibyśmy skupić się na sprzedaży w naszym regionie - przyznaje Kosiński.
Mimo początków winiarskiej kariery, plantatorzy z Kłoczewa doczekali też pierwszego, dużego sukcesu. Zdobyli medal na konkursie wina „Forum” w Zakopanem. - Ten konkurs odbywa się od 30 lat. Zostaliśmy na nim wyróżnieni za czerwone, wytrawne wino. To duże dla nas wydarzenie, bo wszystkich uczestników było aż 200 z całej środkowej Europy. Niewiele zabrakło, a zdobylibyśmy też nagrodę za wino białe - nie kryją radości małżonkowie.
Po kilku latach uprawy winogron, Kosińscy nie mają wątpliwości, że dalej chcą się w tym kierunku specjalizować. - Robimy to, co lubimy. W zeszłym roku dosadziliśmy jeszcze 0,3 ha sadzonek i mamy obecnie ich w sumie około hektar. Cieszy nas to, że wyciśnięty pot przynosi efekty takie, jak ta nagroda. To daje dodatkową satysfakcję. Ale nawet bez tego medalu, dalej zajmowalibyśmy się winiarstwem - przyznaje pan Tomasz.
Dlatego Kosińscy nie ustają i dalej realizują swoje plany. Niedawno ukończyli przerabianie dawnej obory na stylowy domek letniskowy. Budują nową winiarnię, do której chcieliby się przenieść w tym roku. A starą stodołę zamieniają na miejsce degustacji, spotkań i imprez. - Planujemy też nowe nazwy win, bo dotychczasowe bazują na nazwach szczepów (np. regent, cabernet). W tym roku powstanie natomiast wyjątkowa seria, nawiązująca do Henryka Sienkiewicza. Będziemy mieli wino leżakujące w beczkach dębowych, łączące dwa gatunki winogron i nazwiemy je „Ogniem i mieczem” - zdradza nasz rozmówca.
Tomasz Kępka
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze