Choć z wykształcenia jest technologiem żywności, to życie związał z przemysłem odzieżowym. Już w wieku 10 lat zajmował się krawiectwem. Jego mama Irena była krawcową. Miała zakład na Jarmołówce w Rykach. Jako młody chłopiec chodził do miasta po zakupy. - Dobierałem jedwab, nici czy guziki - mówi Królik. Kiedy przychodziły klientki, zdejmował fastrygi po przymiarkach.
W mleczarni i Horteksie
Po studiach, w latach sześćdziesiątych, pracował w mleczarni. To nie było jednak to, co chciał robić w życiu. - Ciągle narzekałem, że mleko się szybko psuje, nie było odpowiedniego chłodzenia - wspomina Królik. - Jako pierwszy wprowadziłem do ryckiej mleczarni wstępne chłodzenie mleka. W tamtych czasach większość firm marzyła o tym - dodaje.
Kiedy wybudowano Hortex, został tam z-cą dyrektora ds. produkcji. Okazało się, że produkcja oraz przeróbka owoców i warzyw jest jeszcze gorsza niż w nabiale. - Nigdy nie było wiadomo, czy np. truskawek przyjedzie 10 ton czy tysiąc - mówi Królik. Ciągle się martwił, że coś się zmarnuje.
Wyjazd do Chin
Po 10 latach zaproponowano Królikowi wyjazd do Chin. Miał tam uruchomić zakład chłodniczy. - Podjąłem wyzwanie i zatrudniłem się w Jeziorzanachw jednej z zagranicznych firm - opowiada. To była firma, która również produkowała mrożonki, ale kapitał na rozwój zdobywała na szyciu odzieży. Mieli w Jeziorzanach i Nałęczowie zakłady krawieckie. - Pracując tam często zaglądałem do krawcowych, mimo że nie wolno było mi tam wchodzić - mówi pan Tadeusz. Ciekawość brała górę. Kiedy wrócił z zagranicy w myślach zajmował się już tylko własnym biznesem. To był koniec lat 80. - Miałem marzenie, żeby otworzyć własną firmę, ale nie bardzo wiedziałem co mam produkować - opowiada biznesmen. Spożywka nie wchodziła w grę. Postawił na krawiectwo.
Początek na ul. Wąskiej
W Rykach na ul. Wąskiej miał lokal po starym sklepie. Tam zaczął organizować maszyny i ludzi. Na początku zatrudniał 4 osoby. Sam kroił nożem tkaniny i zajmował się zaopatrzeniem. Pierwszym produktem były płaszcze. - Były wstrętne. Po prostu masakra. Miały kolor pomarańczowy i cytrynowy, były uszyte z kreszu - wspomina z uśmiechem. Trudno było je sprzedać. Potem pojechał po raz drugi do Chin. Był ekspertem dla kolegów. Pomagał wybrać dobre tkaniny. W tym czasie jego żona sprzedawała wyroby pod Pałacem Kultury. Po powrocie otworzyli sklep i sprzedawali odzież także innych firm. Handel powoli zaczynał się rozwijać. Królik pozyskiwał nowych odbiorców, ale do sukcesu było jeszcze daleko.
Stadion X-lecia
Któregoś dnia zapakował trochę towaru w poloneza i pojechał z żoną do Warszawy na Stadion X-lecia. Zabrali ze sobą dwie torby bazarowe wypełnione damskimi czapkami, które w tym czasie szył zakład. - Wchodząc na stadion zaryzykowaliśmy i zostawiliśmy jedną torbę handlarzowi - opowiada przedsiębiorca. Nie wiedzieli, czy coś zarobią, bo po pieniądze mieli zgłosić się na powrocie. Zaryzykowali. Zabrali też drugą torbę. Znaleźli młodych ludzi, którzy tez handlowali czapkami. Po negocjacjach im również zostawili towar. Kiedy wracali odebrali pieniądze za czapki od pierwszego handlarza. Okazało się, że mężczyzna chciał dalej sprzedawać ich produkty. Na drugim stoisku czapki również się sprzedały. - Już wieczorem zadzwonili do mnie, żeby przywieźć ich więcej, bo pięknie schodzą - mówi pan Tadeusz. Kiedy pojechał z kolejną dostawą, zabrał ze sobą żakiety. Pomimo oporów również i te zostawił na stoisku. - Ledwo wróciłem do Ryk, znów zadzwonili, bo wszystko się sprzedało jednego dnia - wspomina z uśmiechem.
Po wielu latach Tadeusz Królik może powiedzieć, że się udało. Zakład został przeniesiony z ul. Wąskiej na Kolejową. Teraz firma Królika i jego córki współpracuje z takimi markami jak "Orsay" czy "Reserved".
Komentarze