- Pierwszy raz coś takiego mnie spotkało. Nie wiem co teraz robić - żali się Adam Filipek z Moszczanki. W ubiegłym tygodniu jego pole ziemniaków stratowało stado dzików
- Po śladach doliczyliśmy się, że było osiem sztuk - oznajmia rolnik. Adam Filipek jest sołtysem Moszczanki. Praca w gospodarstwie rolnym nie jest mu obca. Zajmuje się nią od kilkudziesięciu lat. - Jeszcze nigdy osobiście nie zetknąłem się z problemem dzików, które zniszczyły uprawy - mówi. Do nocy z wtorku na środę w ubiegłym tygodniu. - Jeszcze po 23 byłem na polu. Chciałem sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Rzuciłem petardę, żeby ewentualnie odstraszyć zwierzynę - opowiada. Od kilku dni w Moszczance ludzie mówili o grasujących na polach dzikach. Wszystko było w porządku. Pan Adam wrócił do domu. O 6 rano znów pojawił się na polu. Nie mógł uwierzyć w to co zobaczył na polu ziemniaków. Około 10 procent uprawy zostało kompletnie zniszczone. Młode krzaki zawiązujących się dopiero ziemniaków zostały rozgrzebane. - Przykro było na to patrzeć, aż serce ściska z żalu - mówi sołtys. - Teraz sadzimy dużo mniej ziemniaków niż w poprzednich latach, dlatego staramy się je pieczołowicie pielęgnować - dodaje. I rzeczywiście pole jest "czyściutkie". Nie ma żadnych chwastów. Żeby utrzymać je w takiej kulturze trzeba się napracować. - I po co, skoro w jednej chwili wszystko zostało zniszczone - zastanawia się poszkodowany rolnik.
Problem zgłosił do jednego z kół łowieckich. Czeka na przedstawiciela, który oszacuje szkody. Sołtys zastanawia się co dalej robić. Liczy na odszkodowanie. Wygrzebane krzaki ziemniaków nie nadają się na nasadzenie. Rolnik obawia się, czy dziki nie wrócą. - Przecież nie będę całą noc pilnował pola - mówi. "Wizyta" dzików jest o tyle dziwna, że do najbliższego lasu jest spory kawałek. - Musiały przejść 2,5 km. Są ślady w zbożach i wydeptane ścieżki - oznajmia Filipek. Pozostały tylko zniszczenia. Nawet się nie pożywiły, bo ziemniaki jeszcze nie urosły.
Komentarze