Reklama

Pierwszej nocy w koszarach nie spał, bo oblazły go wszy

08/07/2015 00:00
Roman Marcinkowski skończył w tym roku 90 lat. Jest jednym z najstarszych członków Dęblińskiego Oddziału Stowarzyszenia Seniorów Lotnictwa Wojskowego RP. Na łamach "Twojego Głosu" podzieli się z Czytelnikami wspomnieniami ze swojego pełnego przygód życia. Był rok 1944, kiedy urodzony w Stanisławowie młody Marcinkowski trafi do wojska. Pozwólmy mu opowiadać.

Droga do wojska

Był 29 sierpnia, kiedy zostałem ostrzyżony na łyso i zakwaterowany w koszarach byłego Szwadronu Pionierów. W stajni zbudowali piętrowe prycze. Na nich w ciasnocie nocowali rekruci. Jeden przy drugim na gołych deskach. Niektórzy drzemali "w kucki". Mój dom przylegał do koszar. Początkowo przez uszkodzoną sztachetę w płocie uciekałem na noc do rodziny. W koszarach był podział na kompanie złożone z Polaków i Ukraińców. Te ukraińskie były szkolone w ciągu kilku dni i wysyłane na front jako "mięso armatnie". Przekonałem się o tym pracując w szpitalu wojskowym. Spotkałem tam czerwonoarmistę. Powiedział mi, że jest lekko ranny, ale unika leczenia, żeby nie wracać na front.

Żołnierski handel

Moja, polska kompania 7 listopada ruszyła transportem kolejowym do Rzeszowa i tam weszła w skład II Armii Wojska Polskiego. Jechaliśmy w wagonach towarowych bez wygód. Były tam tylko deski wyścielone słomą. Po dwóch dniach byliśmy na miejscu. W koszarach zastaliśmy polskich żołnierzy w polowych rogatywkach z piastowskim orłem bez korony z opuszczonymi skrzydłami. Mundury mieli drelichowe. Do tego owijacze i płaszcze z siwego sukna. Plecak to był worek drelichowy z jedną szelką. Po zrobieniu z niej pętli służyła jako zamknięcie worka i pasek do noszenia go na plecach. Znalazł się taki jeden uczciwy żołnierz - "kościuszkowiec". Poradził mi, żebym przed umundurowaniem sprzedał mu swoje cywilne ciuchy. I tak mieli mi je zabrać. On miał kontakty z handlarzami, więc na transakcji zarobił. Ja też dostałem trochę gotówki. Choć było zimno nie pozwolono nam zatrzymać ani skarpet, ani swetra. Podzielili nas na dwie grupy ze względu na wykształcenie. Ci co skończyli szkołę powszechną mogli kandydować do szkół podoficerskich. Ci, którzy skończyli kilka klas gimnazjum lub zawodówkę mogli iść do szkół oficerskich. Ja miałem ukończoną jedną klasę gimnazjum i zawodową szkołę handlową. Trafiłem do oficerki.

Wszawica w koszarach

Przybyłem na Majdanek w Lublinie z przydziałem do pułku zapasowego. Stacjonował on na pierwszym polu byłego obozu koncentracyjnego. Stały tu dwa rzędy baraków. Te z numerami: 17, 18, 19 i 20 pomalowane na zielono z białymi okiennicami służyły jako kwatera dowódców. Były tam również gabinety lekarskie i sale, gdzie trwała selekcja kandydatów do szkół oficerskich. Wszystko w myśl hasła: "nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera". W tamtym czasie było ono uzasadnione, gdyż wśród 20-latków nie było maturzystów. W czasie okupacji dla Polaków istniały tylko siedmioklasowe szkoły powszechne i zawodowe.

W barakach do spania służyły trzy piętrowe łóżka z siennikami, ale bez pościeli. Pierwszej nocy miałem kłopoty z zaśnięciem. Kolega mówi: "Nie możesz spać, bo cie wszy oblazły". Nie chciałem wierzyć, ale rzeczywiście to była prawda. W baraku spotkałem też pierwszych symulantów wojskowych. Okazało się, że sprzedali mundury, a pieniądze przepili. Teraz siedzieli w łachmanach i okradali kolegów. W nic się nie angażowali czekając końca wojny. Nas umundurowanych dowództwo oddelegowało do służby wartowniczej. Mimo, że nie złożyliśmy jeszcze przysięgi.

"Niemcy przyjdą wykraść zwłoki"

Pamiętam pierwszą wartę. Dostałem do ręki pepeszę. Rozprowadzający pokazał mi, jak działa. Podał też obowiązujące tego dnia hasło z odzewem. Miałem zmienić wartownika przy pilnowaniu "toru przeszkód". Rozprowadzający był na tyle dowcipny, że postanowił nastraszyć mnie jako młodego żołnierza. Powiedział, że na końcu "toru przeszkód" pochowani są dwaj Niemcy i że ich towarzysze mają w nocy wrócić, żeby wykraść zwłoki. Nie powiem, że się bałem, ale do końca toru podchodziłem bardzo ostrożnie. Istotnie zobaczyłem tam jakieś wiszące postacie. Okazało się, że to kukły. Służyły do ćwiczeń z bagnetem.

Nasi przełożeni zadbali też o to, żebyśmy poznali, czym był Majdanek. Pokazali nam stosy ubrań, butów, włosów i rzeczy osobistych należących do zamordowanych przez hitlerowców Żydów. Były tam też rowy z ludzkimi szkieletami.

W następnym odcinku wspomnień Roman Marcinkowski opowie o tym, jak zaczęła się jego przygoda z samolotami.

Egzekucja

Na placu przed krematorium stała już szubienica zbudowana z czterech słupów i poprzecznej belki. Tworzyła jakby trzy bramy. Skazańcy - niemieccy żołnierze - stali na ciężarówkach. Było ich pięciu. Po odczytaniu wyroku założyli im stryczki na szyję. Samochody ruszyły, a ciała zawisły na sznurze. Nad Majdankiem krążyły dwa myśliwce Ła-5 jako ochrona dla mieszkańców Lublina przed ewentualnym nalotem niemieckich samolotów z powietrza. Egzekucję Roman Marcinkowski obserwował z odległości 40 metrów wraz z kolegami siedząc na dachu baraku.
Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    wieslaw lipinski - niezalogowany 2018-06-23 14:57:27

    czy p polkownik marcinkiewicz jeszcze zyje z powazaniem w lipinski

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo TwojGlos




Reklama
Najnowsze wiadomości