Reklama

Jak zostałem żołnierzem

06/10/2015 20:00
Jarek mieszka w Dęblinie. Od małego zadzierał głowę, kiedy słyszał ryk samolotowych silników. - Zawsze fascynowało mnie lotnictwo, głośne samoloty i akrobacje, jakie mogłem oglądać praktycznie na co dzień - przyznaje. W gimnazjum zdobywał światowe podium w modelarskich zawodach akrobacji na uwięzi. Kiedy przyszedł czas wyboru uczelni, problemu nie miał. Odpowiedź była oczywista i tkwiła w nim od dawna - Wyższa Szkoła Oficerska Sił Powietrznych w Dęblinie.

Selekcja

O kursie pilotażu dowiedział się od kolegi, który wcześniej przechodził kwalifikację na WSOSP. Udział w szkoleniu selekcyjnym, podobnie jak przyjęcie na uczelnię, uzależnione było od wyniku badań zdrowotnych. - Kiedy Wojskowy Instytut Medycyny Lotniczej ostatecznie określił moją zdolność do lotów samolotami naddźwiękowymi byłem już pewny, że dostanę się na to szkolenie - wspomina.

Szkolenie selekcyjne prowadził Aeroklub "Orląt". Większość uczniów latała na Cessnach C-150. Jarek dzięki najwyższej klasie zdrowia mógł zasiąść za sterami Diamonda DA-20. - Byłem szczęśliwy! Mały, lekki, nowoczesny samolot - wspomina.

Mocnym przeżyciem był wylot samodzielny. Czuł się nieswojo. Był przyzwyczajony do obecności instruktora w kabinie. - Ale towarzyszyło temu przyjemne uczucie odrobiny wolności - opowiada Jarek. Instruktor określił jego predyspozycje do wykonywania zawodu pilota, jako wysokie. Dokonano analizy jego świadectwa maturalnego z fizyki, matematyki i języka angielskiego. Do przeskoczenia zostały jeszcze egzaminy sprawnościowe i rozmowa kwalifikacyjna. - Marzył mi się pilotaż, ale dostałem się na nawigację. Mimo to też jestem zadowolony - mówi Mięsiak.

Ogolili ich na "0"

Do szkoły dostał się wraz z 30 kolegami ze szkolenia selekcyjnego. Łącznie przyjęto 74 kandydatów na żołnierzy. Przygodę z wojskiem rozpoczęli 17 sierpnia w Dęblinie. Rankiem stawili się na terenie jednostki. - Pobraliśmy całe oporządzenie i wypełnialiśmy dokumenty - opowiada. Tam też pozbawiono ich nadmiaru włosów. Zostali ogoleni na "0".

O wiele "ciekawiej" przywitał ich Wrocław. Od początku było wiadomo, że lekko nie będzie. Normą były nieustanne zbiórki przed budynkiem zamieszkania z różnymi elementami wyposażenia. Miało to na celu wyrobienie tempa. "Unitarka" szkoli kandydatów na żołnierzy. Mieli wykłady i zajęcia praktyczne. Nauczyli się zakładać kombinezon przeciwchemiczny, kopać okopy i obsługiwać broń. Codziennie od 5.30 do 21.30 byli na służbie. W ciągłej gotowości do działania. Urazy nóg dawały się we znaki. - Przez otarcia na piętach musiałem ominąć kilka zajęć w terenie. Nie byłem w stanie chodzić w wojskowych butach. Potem musiałem tak o nie dbać, żeby mimo zajęć rany goiły się - przyznaje Dęblinianin. Jedynym dniem wytchnienia była niedziela.

Noc kaprali

Ostatni dzień "unitarki" szczególnie świętowany jest przez przełożonych. Kiedy cały pluton poszedł na kolację, pokojami żołnierzy zajęli się kaprale. - Po ich wizycie pokoje wyglądały jak po przejściu huraganu! Powywracane łóżka, szafki i rzeczy porozrzucane po całym pokoju - wspomina Jarek. - Wciąż nie jestem pewien, czy odzyskałem wszystkie rzeczy z tamtej pamiętnej akcji - śmieje się.

Po pięciu tygodniach wrócili do macierzystej jednostki. Z końcem września Jarek Mięsiak i ponad 320 innych kandydatów z trzech szkół wojskowych złożyli ślubowanie Ojczyźnie pod pomnikiem "Bohaterskim Lotnikom Dęblińskiej Szkoły Orląt". Tego dnia stali się pełnoprawnymi żołnierzami Wojska Polskiego.
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo TwojGlos




Reklama
Najnowsze wiadomości