Jarek mieszka w Dęblinie. Od małego zadzierał głowę, kiedy słyszał ryk samolotowych silników. - Zawsze fascynowało mnie lotnictwo, głośne samoloty i akrobacje, jakie mogłem oglądać praktycznie na co dzień - przyznaje. W gimnazjum zdobywał światowe podium w modelarskich zawodach akrobacji na uwięzi. Kiedy przyszedł czas wyboru uczelni, problemu nie miał. Odpowiedź była oczywista i tkwiła w nim od dawna - Wyższa Szkoła Oficerska Sił Powietrznych w Dęblinie.
Selekcja
O kursie pilotażu dowiedział się od kolegi, który wcześniej przechodził kwalifikację na WSOSP. Udział w szkoleniu selekcyjnym, podobnie jak przyjęcie na uczelnię, uzależnione było od wyniku badań zdrowotnych. - Kiedy Wojskowy Instytut Medycyny Lotniczej ostatecznie określił moją zdolność do lotów samolotami naddźwiękowymi byłem już pewny, że dostanę się na to szkolenie - wspomina.
Szkolenie selekcyjne prowadził Aeroklub "Orląt". Większość uczniów latała na Cessnach C-150. Jarek dzięki najwyższej klasie zdrowia mógł zasiąść za sterami Diamonda DA-20. - Byłem szczęśliwy! Mały, lekki, nowoczesny samolot - wspomina.
Mocnym przeżyciem był wylot samodzielny. Czuł się nieswojo. Był przyzwyczajony do obecności instruktora w kabinie. - Ale towarzyszyło temu przyjemne uczucie odrobiny wolności - opowiada Jarek. Instruktor określił jego predyspozycje do wykonywania zawodu pilota, jako wysokie. Dokonano analizy jego świadectwa maturalnego z fizyki, matematyki i języka angielskiego. Do przeskoczenia zostały jeszcze egzaminy sprawnościowe i rozmowa kwalifikacyjna. - Marzył mi się pilotaż, ale dostałem się na nawigację. Mimo to też jestem zadowolony - mówi Mięsiak.
Ogolili ich na "0"
Do szkoły dostał się wraz z 30 kolegami ze szkolenia selekcyjnego. Łącznie przyjęto 74 kandydatów na żołnierzy. Przygodę z wojskiem rozpoczęli 17 sierpnia w Dęblinie. Rankiem stawili się na terenie jednostki. - Pobraliśmy całe oporządzenie i wypełnialiśmy dokumenty - opowiada. Tam też pozbawiono ich nadmiaru włosów. Zostali ogoleni na "0".
O wiele "ciekawiej" przywitał ich Wrocław. Od początku było wiadomo, że lekko nie będzie. Normą były nieustanne zbiórki przed budynkiem zamieszkania z różnymi elementami wyposażenia. Miało to na celu wyrobienie tempa. "Unitarka" szkoli kandydatów na żołnierzy. Mieli wykłady i zajęcia praktyczne. Nauczyli się zakładać kombinezon przeciwchemiczny, kopać okopy i obsługiwać broń. Codziennie od 5.30 do 21.30 byli na służbie. W ciągłej gotowości do działania. Urazy nóg dawały się we znaki. - Przez otarcia na piętach musiałem ominąć kilka zajęć w terenie. Nie byłem w stanie chodzić w wojskowych butach. Potem musiałem tak o nie dbać, żeby mimo zajęć rany goiły się - przyznaje Dęblinianin. Jedynym dniem wytchnienia była niedziela.
Noc kaprali
Ostatni dzień "unitarki" szczególnie świętowany jest przez przełożonych. Kiedy cały pluton poszedł na kolację, pokojami żołnierzy zajęli się kaprale. - Po ich wizycie pokoje wyglądały jak po przejściu huraganu! Powywracane łóżka, szafki i rzeczy porozrzucane po całym pokoju - wspomina Jarek. - Wciąż nie jestem pewien, czy odzyskałem wszystkie rzeczy z tamtej pamiętnej akcji - śmieje się.
Po pięciu tygodniach wrócili do macierzystej jednostki. Z końcem września Jarek Mięsiak i ponad 320 innych kandydatów z trzech szkół wojskowych złożyli ślubowanie Ojczyźnie pod pomnikiem "Bohaterskim Lotnikom Dęblińskiej Szkoły Orląt". Tego dnia stali się pełnoprawnymi żołnierzami Wojska Polskiego.
Komentarze