Reklama

Uratowała sąsiadów alarmując o pożarze

19/01/2016 23:00


Była noc z 4 na 5 stycznia. Ewa Lesisz miała tego dnia na 6 rano do pracy. - Zawsze kiedy mam pierwszą zmianę słabo śpię. Tak było i tym razem - opowiada kobieta. Około godz. 3 przebudziła się po raz kolejny. Wyczuła swąd. - Obudziłam męża i zaczęliśmy szukać źródła zapachu w całym mieszkaniu - dodaje. Bezskutecznie. Małżeństwo wpadło na pomysł, aby sprawdzić klatkę. Kiedy otworzyli drzwi od mieszkania, gęste kłęby dymu buchnęły z korytarza wprost na nich. Pani Lesisz dała mężowi znać, żeby dzwonił na 112. - Podaliśmy wszystkie dane i po kilku minutach oddzwonili, aby potwierdzić zgłoszenie - wspomina kobieta.

Świeczka w wiadrze

Straż pożarna, policja i pogotowie pojawiły się w krótkim czasie. - Razem z mężem obudziliśmy mieszkańców naszej klatki, bo groziło im niebezpieczeństwo zaczadzenia - mówi pani Ewa. Po przyjechaniu na miejsce straż pożarna rozpoczęła lokalizowanie źródła dymu. Okazało się, że to jeden z mieszkańców zostawił świeczkę w plastikowym wiadrze. Usnął. Ta zaczęła roztapiać wiadro i je spalać. Przez to powstało duże zadymienie, które zaczęło się wydobywać na klatkę.


Nie wiadomo, w jaki sposób mężczyźnie, który mieszka w lokalu, nic się nie stało. - Co więcej, miał pretensje do strażaków, którzy weszli do jego mieszkania. Dziwił się po co to całe zamieszanie - opowiada kobieta. Strażacy ugasili źródło ognia i oddymili klatkę.


Czwarty raz

Do takich rzeczy mieszkańcy bloku przy ul. Wiślanej są przyzwyczajeni. To już czwarta taka sytuacja w ciągu ostatnich dwóch lat. Sprawcą jest ciągle ta sama osoba. To starszy mężczyzna, który zajmuje jeden z lokali komunalnych. Ma odcięty prąd i gaz. Dlatego oświetla sobie mieszkanie świeczką. W ostatnich dniach interweniowali u niego pracownicy socjalni. Z zabałaganionego lokalu wyniesiono cały kontener zniszczonych  rzeczy. Świadkowie zdarzenia twierdzą, że u felernego sąsiada jest taki "syf", że zalęgły się szczury i robactwo. Miała zostać przeprowadzona dezynfekcja oraz deratyzacja.


Po tych wydarzeniach nikt z mieszkańców nie liczy na poprawę sytuacji. - Ten pan to chory człowiek. Powinien znajdować się w ośrodku opiekuńczym - mówi jedna z sąsiadek, która chce zachować anonimowość. - Niestety, musimy być przygotowani na podobne atrakcje - kończy Ewa Lesisz.


Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo TwojGlos




Reklama
Najnowsze wiadomości