Na co dzień pracuje jako ratownik na basenie Wyższej Szkoły Oficerskiej Sił Powietrznych. Kilka razy w roku odrywa się od codzienności. Wyjeżdża z bratem i znajomymi nad morze, by pływać i nurkować. Jego pasją jest badanie wraków spoczywających na dnie Bałtyku. Nurkuje od 2010 roku, choć z wodą związany jest od dzieciństwa. W wieku 14 lat został młodszym ratownikiem. Wspinając się po kolejnych szczeblach dotarł do poziomu instruktora WOPR. Ma za sobą 15 kursów nurkowych i na tym nie poprzestaje. We wrześniu planuje zrobić kurs instruktora nurkowania. Choć skończył administrację nigdy nie ciągnęło go do pracy za biurkiem. Kocha zawód ratownika. - Uwielbiam pracę nad wodą i w wodzie - mówi Drózd. Morze Bałtyckie jest krystalicznie czyste, tylko trzeba wiedzieć, gdzie nurkować. W zatoce woda jest ciemna, ale zieleń otwartego akwenu, gdzie wszystko widać na odległość 20 metrów, powala na kolana - dodaje.
Cmentarzysko wraków
Był maj. Wraz z bratem i kolegami z Lublina, Jaworzna i Warszawy Grzegorz wyjechał do Darłówka. Łodzią wypłynęli na pełne morze. - Bałtyk jest największym cmentarzyskiem wraków na świecie. Mówią, że może być ich nawet tysiąc. Większość jest jeszcze nie odkryta. Na tych statkach jest pełne wyposażenie - mówi Drózd. Wraków szukają nurkowie lub marynarka wojenna. Czasem na takki obiekt natrafiają rybacy, których sieci rwą się, zahaczając o ostre krawędzie. Wówczas nurkowie "biorą namiary" na takie znaleziska i ruszają. - Marzy mi się znalezienie nieodkrytego wraku. Zanurkowałbym do niego, obejrzał, sfotografował i na pewno z nikim nie podzielił wiedzą o jego pozycji - mówi Grzegorz.
Niebezpieczny "Franken"
W planach majowej eskapady było zanurkowanie do położonego na południowy wschód od Helu wraku "Franken". To niemiecki tankowiec zatopiony przez radzieckie lotnictwo 8 kwietnia 1945 r. Jednostka znajduje się od 48 do 70 metrów pod powierzchnią wody. - W efekcie ataku lotniczego doszło do pęknięcia statku. Rufa wraz ze środkiem jednostki oddalona jest po dnie o około 420 m od dziobu. Nurkowie zazwyczaj schodzą do pierwszej części statku, czyli siłowni - opowiada dęblinianin.
Tu nie nurkują przypadkowi ludzie. Badanie wraku wymaga określonego sprzętu, sporych umiejętności oraz doświadczenia. - Wrak jest niebezpieczny, ale wspaniały, potężny i robi wrażenie. Do dziś mam jego widok przed oczami. Nurkowie schodzą poniżej 40 metrów, a w takich warunkach używa się mieszanek do oddychania. Podczas wynurzania niezbędna jest częściowa dekompresja - opowiada nurek. Tego typu nurkowanie nazywa się technicznym. Ma ono niewiele wspólnego z rekreacją. - Wrak jest wymagający nie tylko ze względu na głębokość. Zalega tam mnóstwo żyłek wędkarskich. W wodzie ich nie widać, a poczuć je można dopiero wtedy, gdy się człowiek zaplącze - opowiada dęblinianin. To utrudnia nurkowanie. Do tego wrak jest pokryty sieciami rybackimi, w które też łatwo się zaplątać. Nie dalej jak rok temu właśnie na "Frankenie" zginęło dwóch doświadczonych nurków. Do dziś nie odnaleziono ich ciał.
Drogi sprzęt
Nurkowanie to sport uchodzący za elitarny. To przez trudne warunki, jakim nurek zostaje podany, przede wszystkim wysokie ciśnienie oraz konieczność zachowania szczelności. Drózd opowiada, że aby móc nurkować musimy być przygotowani fizycznie, przejść odpowiedni kurs i nabyć potrzebny sprzęt. Schodząc pod wodę Grzegorz ma na sobie sprzęt warty ok. 30 tys. zł. Zabieram ze sobą zwykle pięć butli. Do tego trzy latarki, dwa komputery, zapasową maskę, mokry notes, kołowrotek ze 150 metrami linki, dwie boje dekompresyjne (pomarańczowa i żółta) i trzy przyrządy tnące. Zestaw waży ok. 55 kg. Najcięższy jest tzw. twin, czyli dwie butle, które nurek ma na plecach. Są one wypełnione trimixem, czyli mieszaniną helu, tlenu i azotu. - Tlen jest bezpieczny tylko do zanurzania na głębokość 6 metrów. Po niżej staje się toksyczny i zabija - mówi dęblinianin przyznając, że powietrze też jest narkotyczne ze względu na zawartość 78% azotu. - Pod dużym ciśnieniem azot działa jak alkohol. Może powodować euforię, strach lub zawroty głowy - opowiada.
Na dnie, jak w lodówce
Woda na dnie Bałtyku bez względu na porę roku ma około 4 stopni Celsjusza. W lecie przy powierzchni jest cieplejsza. - Zazwyczaj jest mi ciepło. Skafandry są suche wiec woda się nie wlewa. Poza tym mam ogrzewanie i argon, którym go pompuję. Pod spodem jest jeszcze bielizna termoaktywna i ocieplacz, raki i kombinezon podobny do narciarskiego - mówi nurek.
Najbliżsi zawsze martwią się o braci. - Dużo uwagi poświęcamy bezpieczeństwu. Kilka razy sprawdzamy sprzęt i gazy. Poza tym część sprzętu jest zdublowana, wszystko dla bezpieczeństwa - mówi.
Następny wyjazd grupy już 1 września. - W planie jest trałowiec v315, u-boot i powtórnie Franken - zapowiada Drózd.
"Spenetrowane" wraki
Poza Frankenem Grzegorz schodził do innych jednostek. Były to: Terra (oddalona o 30 mil od Władysławowa), Margarethe Cords, Whisky, SS Moltke, Hugo Fritz, Bavaria, Jan Heweliusz, Mount Vernon, Abille, trałowiec Munin, Bryza, Delfin, Groźny. - Największy na Bałtyku jest Graf Zeppelin. To jedyny niemiecki lotniskowiec z II wojny światowej. Tam jeszcze nie byłem - mówi dęblinianin.
Komentarze