Wystarczyły minuty, by od jednego, małego płomienia w ogniu stanęło całe miasteczko. 14 kwietnia 1925 r. miał miejsce jeden z największych pożarów w historii Ryk
latach międzywojennych, gdy zdecydowana większość zabudowy małych miast była drewniana, pożogi nie były niczym nadzwyczajnym. Jeszcze częściej z ogniem mieli do czynienia mieszkańcy wsi, których domostwa pokrywały strzechy. Ale nawet i w tamtych, pracowitych dla strażaków czasach, zdarzały się pożary wręcz szokujące opinię publiczną. Dobrym, choć przykrym przykładem był dramat mieszkańców Ryk sprzed niespełna stu lat.
O wydarzeniach z 14 kwietnia rozpisywały się ówczesne ogólnopolskie media. Trzy dni po pożarze obszerną relację zamieścił „Nasz Przegląd” (dziennik polskiej przedwojennej mniejszości żydowskiej), a 18 kwietnia informację na całą Polskę przekazał „Ilustrowany Kurier Codzienny”.
Zgodnie z relacją prasową, dramatyczne dla miasta chwile nastąpiły tuż po godz. 13. Winowajcami okazali się dwaj pięcioletni chłopcy: Marian Parzycha i Wacław Klusek. Obaj, pozostawieni bez dozoru, bawili się zapałkami. „W pewnej chwili jeden z nich włożył zapaloną zapałkę w szparę pełnej słomy stodoły” - relacjonował „Nasz Przegląd”. Na efekty nie trzeba było długo czekać. „Stodoła momentalnie stała w ogniu. Pożar rozszerzył się z niebywałą szybkością i objął całe miasteczko” - pisał dziennikarz żydowskiego pisma.
Skala pożaru była olbrzymia. „Z 318 domów mieszkalnych ocalała zaledwie piąta część. Ulice Rynkowe, Kapitańska, Bóżniczna, cały Rynek spłonęły doszczętnie, z ulicy Żelechowskiej ocalała zaledwie niewielka część” - donosił dziennikarz „Naszego Przeglądu”. Żywioł strawił również zabytkową bóżnicę wraz z 25 rodałami tory. Była to jedna z najpiękniejszych i najstarszych bóżnic w Polsce, zbudowana w połowie XVIII w. Ocalała tylko murowana część frontowa i fundamenty.
Istnym cudem pożar nie naruszył dwóch kościołów, o czym przypomina „Ilustrowany Kurier”. Korespondent napisał o kościele XVIII-wiecznym (św. Jakuba z miejscem pochówku Stanisława Poniatowskiego) i kościele z XVI w. stojącym na miejscu dawnej świątyni (zapewne chodzi o tzw. kaplicę św. Leonarda, która mieściła się w okolicy dzisiejszego dworca PKS).
Ale mimo tych wyjątków, pastwą płomieni padły prawie wszystkie zabudowania mieszkalne w liczbie 300 domów (tak podaje „Nasz Przegląd”. „Ilustrowany Kurier” jest bardziej skrupulatny i odnotowuje 257 - z 200 sklepami). Najbardziej poszkodowani byli Żydzi, co gorsza - ci biedniejsi, bo to ich domy najbardziej ucierpiały. Wśród mieszkańców wyznania mojżeszowego dramat dotknął 550 rodzin, co stanowiło liczbę 3500 osób. Chrześcijańskich pogorzelców było mniej - 50 rodzin (230 osób). Każdy z poszkodowanych stracił wszystko: dach nad głową, żywność i odzież. Prasa donosiła, że ofiarą pożaru padły również zwierzęta gospodarskie (około 200 sztuk).
Skutki pożogi pogorszył fakt, że budynki były nieubezpieczone, a poza tym nikt nie mógł w porę zareagować na rozprzestrzenianie się ognia. „Wielu mieszkańców nie było wówczas w domach, ponieważ pospieszyli na ratunek do sąsiedniej wsi Okrzeja, gdzie poprzedniego dnia wybuchł pożar, który zniszczył 94 zabudowania” - tłumaczył dziennikarz „Ilustrowanego Kuriera”.
Chociaż miejscowych nie było podczas pożogi w domach, Ryki mogły liczyć na sąsiednie miejscowości. Z Dęblina do gaszenia pożaru przybyło wojsko w sile czterech kompanii wraz z komendantem twierdzy, gen. Frey’em. Z sąsiedniego miasta została udzielona również pomoc w postaci specjalnego pociągu ze strażą ogniową. Akcję wsparła też policja. Służby walczyły z ogniem dzielnie, mimo kłopotów spowodowanych brakami sprzętu i wody.
Na miejsce, w celu nadzorowania akcji, przybył nawet starosta garwoliński Pirożek i komendant policji Woliński. Ale ówcześni dziennikarze nie omieszkali wytknąć opieszałości, czy wręcz obojętności innych dysydentów. „Oto w tych ciężkich dla Rykowa chwilach, burmistrz sąsiedniego Żelechowa, niejaki p. Kaliszek oraz naczelnik tamtejszej straży ogniowej, odmówili pomocy, z jakichś tam nieuzasadnionych względów lokalnych” - pisał „Ilustrowany Kurier”. Autor tekstu skwitował tę postawę krótko: „Skandal!”.
Na szczęście był to jedyny niechlubny przypadek. Przy gaszeniu pożaru ręka w rękę pracowali strażacy, wojskowi i ludność cywilna. Postawę tych ostatnich miał szczególnie pochwalić ówczesny proboszcz ryckiej parafii, który sam też kierował akcją ratowniczą. „Muszę z całym naciskiem podnieść godną uwagi współpracę chrześcijan i żydów, którzy bez względu na wyznanie pomagali sobie wzajemnie” - zaznaczył ks. dziekan Kocięcki.
Miłym gestem wobec pogrążonej w nieszczęściu społeczności Ryk wykazywali się także ludzie spoza miasta. „Nasz Przegląd” docenił szczególnie Dęblinian. „Natychmiast wysłali żywność i zaalarmowali wiele okolicznych miejscowości, skąd następnego dnia furmankami i samochodami przywieziono żywność i odzież dla nieszczęśliwej ludności” - napisał dziennikarz.
Aby wesprzeć ofiary niszczycielskiego żywiołu, powstawały tymczasowe komitety pomocowe, o czym donosił „Nasz Przegląd”. Tworzyli je działacze żydowscy z Lublina, Radomia, Puław, Kazimierza i Dęblina, a ich reprezentantami byli Szenderowicz i Kanarjenfogiel. W Warszawie taką pomoc organizował zaś Izaksohn. Wydelegowani członkowie komitetów zajmowali się na miejscu rejestracją pogorzelców, rozdziałem żywności i odzieży. A pomoc była potrzebna natychmiast, bo pozostawieni bez dachu nad głową mieszańcy spali dosłownie pod gołym niebem.
Inną konieczną sprawą, którą też zajęto się po ugaszeniu pożaru, było zagospodarowanie i ustawienie baraków dla pogorzelców. Dla części osób miejsce znalazło się w barakach poepidemicznych i w sąsiednich wsiach. Ale to wciąż było mało. Dużym wsparciem w rozwiązaniu tego problemu był transport desek z Warszawy.
Ofiarność innych działaczy, zwłaszcza żydowskich, wręcz zaskakiwała. Warto wczytać się w dłuższy fragment „Naszego Przeglądu” (pisownia oryginalna). „Wiadomość o straszliwej tragedii (…) lotem błyskawicy obiegła (…) Warszawę. (…) Rozpoczęła się samorzutna akcja pomocnicza w synagogach, bóżnicach i t. d. Zebrane produkty zawieziono 2 samochodami ciężarowemi do Ryków. Ponadto Magistrat użyczył 3 samochodów, któremi oprócz żywności zawieziono transport odzieży. Dziś nad ranem wyruszy z Warszawy wielki samochód ciężarowy ze 400-ma bochenkami chleba, większą ilością masła, marmelady, mięsa oraz większy transport odzieży”.
Gdyby tego było mało, w pomoc włączyły się również redakcje. Wydawnictwo „Kuriera Warszawskiego” ofiarowało na rzecz pogorzelców 500 zł. A do „Naszego Przeglądu” dary przynosiły różne firmy i instytucje. Firma „Marcuisette” złożyła 100 zł w gotówce, a w naturze: 8 koszul, 43 suknie, 13 bluzek, 5 spódnic, 3 palta, 3 garnitury. Firma „Foker” przekazała paczkę odzieży, przedsiębiorstwo „Tałaszowicz” - paczkę odzieży i paczkę macy, firma „Gandru” - 2 paczki odzieży, „Rawicz” - paczkę odzieży i paczkę koszul. Podobne paczki przynosili do redakcji także osoby prywatne, w tym anonimowe.
Zniszczenia spalonych Ryk były widoczne długo. Dopiero we wrześniu minister robót publicznych zlecił spółdzielni architektonicznej w Warszawie przygotowanie odbudowy miasteczka.
Tomasz Kępka
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze