Reklama

Tysiące mieszkańców pozostało bez dachu nad głową

15/01/2026 10:45

Wystarczyły minuty, by od jednego, małego płomienia w ogniu stanęło całe miasteczko. 14 kwietnia 1925 r. miał miejsce jeden z największych pożarów w historii Ryk

 latach międzywojennych, gdy zdecydowana większość zabudowy małych miast była drewniana, pożogi nie były niczym nadzwyczajnym. Jeszcze częściej z ogniem mieli do czynienia mieszkańcy wsi, których domostwa pokrywały strzechy. Ale nawet i w tamtych, pracowitych dla strażaków czasach, zdarzały się pożary wręcz szokujące opinię publiczną. Dobrym, choć przykrym przykładem był dramat mieszkańców Ryk sprzed niespełna stu lat.

Spłonęła bóżnica z rodałami

O wydarzeniach z 14 kwietnia rozpisywały się ówczesne ogólnopolskie media. Trzy dni po pożarze obszerną relację zamieścił „Nasz Przegląd” (dziennik polskiej przedwojennej mniejszości żydowskiej), a 18 kwietnia informację na całą Polskę przekazał „Ilustrowany Kurier Codzienny”.
Zgodnie z relacją prasową, dramatyczne dla miasta chwile nastąpiły tuż po godz. 13. Winowajcami okazali się dwaj pięcioletni chłopcy: Marian Parzycha i Wacław Klusek. Obaj, pozostawieni bez dozoru, bawili się zapałkami. „W pewnej chwili jeden z nich włożył zapaloną zapałkę w szparę pełnej słomy stodoły” - relacjonował „Nasz Przegląd”. Na efekty nie trzeba było długo czekać. „Stodoła momentalnie stała w ogniu. Pożar rozszerzył się z niebywałą szybkością i objął całe miasteczko” - pisał dziennikarz żydowskiego pisma.
Skala pożaru była olbrzymia. „Z 318 domów mieszkalnych ocalała zaledwie piąta część. Ulice Rynkowe, Kapitańska, Bóżniczna, cały Rynek spłonęły doszczętnie, z ulicy Żelechowskiej ocalała zaledwie niewielka część” - donosił dziennikarz „Naszego Przeglądu”. Żywioł strawił również zabytkową bóżnicę wraz z 25 rodałami tory. Była to jedna z najpiękniejszych i najstarszych bóżnic w Polsce, zbudowana w połowie XVIII w. Ocalała tylko murowana część frontowa i fundamenty.

Reklama

W ogniu stanęło 300 domów

Istnym cudem pożar nie naruszył dwóch kościołów, o czym przypomina „Ilustrowany Kurier”. Korespondent napisał o kościele XVIII-wiecznym (św. Jakuba z miejscem pochówku Stanisława Poniatowskiego) i kościele z XVI w. stojącym na miejscu dawnej świątyni (zapewne chodzi o tzw. kaplicę św. Leonarda, która mieściła się w okolicy dzisiejszego dworca PKS).
Ale mimo tych wyjątków, pastwą płomieni padły prawie wszystkie zabudowania mieszkalne w liczbie 300 domów (tak podaje „Nasz Przegląd”. „Ilustrowany Kurier” jest bardziej skrupulatny i odnotowuje 257 - z 200 sklepami). Najbardziej poszkodowani byli Żydzi, co gorsza - ci biedniejsi, bo to ich domy najbardziej ucierpiały. Wśród mieszkańców wyznania mojżeszowego dramat dotknął 550 rodzin, co stanowiło liczbę 3500 osób. Chrześcijańskich pogorzelców było mniej - 50 rodzin (230 osób). Każdy z poszkodowanych stracił wszystko: dach nad głową, żywność i odzież. Prasa donosiła, że ofiarą pożaru padły również zwierzęta gospodarskie (około 200 sztuk).
Skutki pożogi pogorszył fakt, że budynki były nieubezpieczone, a poza tym nikt nie mógł w porę zareagować na rozprzestrzenianie się ognia. „Wielu mieszkańców nie było wówczas w domach, ponieważ pospieszyli na ratunek do sąsiedniej wsi Okrzeja, gdzie poprzedniego dnia wybuchł pożar, który zniszczył 94 zabudowania” - tłumaczył dziennikarz „Ilustrowanego Kuriera”.

Wyznanie nie miało znaczenia

Chociaż miejscowych nie było podczas pożogi w domach, Ryki mogły liczyć na sąsiednie miejscowości. Z Dęblina do gaszenia pożaru przybyło wojsko w sile czterech kompanii wraz z komendantem twierdzy, gen. Frey’em. Z sąsiedniego miasta została udzielona również pomoc w postaci specjalnego pociągu ze strażą ogniową. Akcję wsparła też policja. Służby walczyły z ogniem dzielnie, mimo kłopotów spowodowanych brakami sprzętu i wody.
Na miejsce, w celu nadzorowania akcji, przybył nawet starosta garwoliński Pirożek i komendant policji Woliński. Ale ówcześni dziennikarze nie omieszkali wytknąć opieszałości, czy wręcz obojętności innych dysydentów. „Oto w tych ciężkich dla Rykowa chwilach, burmistrz sąsiedniego Żelechowa, niejaki p. Kaliszek oraz naczelnik tamtejszej straży ogniowej, odmówili pomocy, z jakichś tam nieuzasadnionych względów lokalnych” - pisał „Ilustrowany Kurier”. Autor tekstu skwitował tę postawę krótko: „Skandal!”.
Na szczęście był to jedyny niechlubny przypadek. Przy gaszeniu pożaru ręka w rękę pracowali strażacy, wojskowi i ludność cywilna. Postawę tych ostatnich miał szczególnie pochwalić ówczesny proboszcz ryckiej parafii, który sam też kierował akcją ratowniczą. „Muszę z całym naciskiem podnieść godną uwagi współpracę chrześcijan i żydów, którzy bez względu na wyznanie pomagali sobie wzajemnie” - zaznaczył ks. dziekan Kocięcki.

Reklama

Transport desek z Warszawy

Miłym gestem wobec pogrążonej w nieszczęściu społeczności Ryk wykazywali się także ludzie spoza miasta. „Nasz Przegląd” docenił szczególnie Dęblinian. „Natychmiast wysłali żywność i zaalarmowali wiele okolicznych miejscowości, skąd następnego dnia furmankami i samochodami przywieziono żywność i odzież dla nieszczęśliwej ludności” - napisał dziennikarz.
Aby wesprzeć ofiary niszczycielskiego żywiołu, powstawały tymczasowe komitety pomocowe, o czym donosił „Nasz Przegląd”. Tworzyli je działacze żydowscy z Lublina, Radomia, Puław, Kazimierza i Dęblina, a ich reprezentantami byli Szenderowicz i Kanarjenfogiel. W Warszawie taką pomoc organizował zaś Izaksohn. Wydelegowani członkowie komitetów zajmowali się na miejscu rejestracją pogorzelców, rozdziałem żywności i odzieży. A pomoc była potrzebna natychmiast, bo pozostawieni bez dachu nad głową mieszańcy spali dosłownie pod gołym niebem.
Inną konieczną sprawą, którą też zajęto się po ugaszeniu pożaru, było zagospodarowanie i ustawienie baraków dla pogorzelców. Dla części osób miejsce znalazło się w barakach poepidemicznych i w sąsiednich wsiach. Ale to wciąż było mało. Dużym wsparciem w rozwiązaniu tego problemu był transport desek z Warszawy.

Odbudowa dopiero jesienią

Ofiarność innych działaczy, zwłaszcza żydowskich, wręcz zaskakiwała. Warto wczytać się w dłuższy fragment „Naszego Przeglądu” (pisownia oryginalna). „Wiadomość o straszliwej tragedii (…) lotem błyskawicy obiegła (…) Warszawę. (…) Rozpoczęła się samorzutna akcja pomocnicza w synagogach, bóżnicach i t. d. Zebrane produkty zawieziono 2 samochodami ciężarowemi do Ryków. Ponadto Magistrat użyczył 3 samochodów, któremi oprócz żywności zawieziono transport odzieży. Dziś nad ranem wyruszy z Warszawy wielki samochód ciężarowy ze 400-ma bochenkami chleba, większą ilością masła, marmelady, mięsa oraz większy transport odzieży”.
Gdyby tego było mało, w pomoc włączyły się również redakcje. Wydawnictwo „Kuriera Warszawskiego” ofiarowało na rzecz pogorzelców 500 zł. A do „Naszego Przeglądu” dary przynosiły różne firmy i instytucje. Firma „Marcuisette” złożyła 100 zł w gotówce, a w naturze: 8 koszul, 43 suknie, 13 bluzek, 5 spódnic, 3 palta, 3 garnitury. Firma „Foker” przekazała paczkę odzieży, przedsiębiorstwo „Tałaszowicz” - paczkę odzieży i paczkę macy, firma „Gandru” - 2 paczki odzieży, „Rawicz” - paczkę odzieży i paczkę koszul. Podobne paczki przynosili do redakcji także osoby prywatne, w tym anonimowe.
Zniszczenia spalonych Ryk były widoczne długo. Dopiero we wrześniu minister robót publicznych zlecił spółdzielni architektonicznej w Warszawie przygotowanie odbudowy miasteczka.

Reklama

Tomasz Kępka

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo TwojGlos




Reklama
Najnowsze wiadomości