Reklama

Wielki pożar ulicy Okólnej

15/01/2026 13:49

Czarny dym płonącej papy spowił swoim zasięgiem centrum miasta trwożąc jego mieszkańców. Wiosną 1936 r. część Dęblina doświadczyła dramatycznego wydarzenia

rzed wojną widok pożarów nie należał do zjawisk nadzwyczajnych. Ówczesne materiały, z których budowane były domy, a więc: drewno i papa, stawały się łatwym łupem dla choćby niewielkiej iskry. A gdy do tego dojdą przypadki pozapychanych sadzami kominów, ryzyko pojawienia się ognia wzrastało dodatkowo. Przekonali się o tym już w kwietniu 1925 r. mieszkańcy Ryk, gdy centrum miasta spłonęło niemal doszczętnie (pisaliśmy o tym w jednym z ostatnich numerów „Twojego Głosu”). Jedenaście lat później podobne nieszczęście dotknęło dęblinian. Szczegóły tamtego pożaru znane są dziś z relacji Artura Filipka.

Zabrakło zasobów wody

Mieszkaniec Dęblina widział pożar z 1936 r. na własne oczy. „W wiosenne przedpołudnie siedzieliśmy w klasie Szkoły Powszechnej nr 2 na ulicy Warszawskiej. Nagle w oknach pojawił się gęsty dym, czarny od palącej się papy, gdzieś w okolicy rynku. Nauczyciele zatrzymali więc wszystkich uczniów w klasach, by zapobiec panice”, wspominał Filipek.
Do zdarzenia natychmiast została wezwana straż ogniowa z Ireny. Ochotnicy przyjechali do pożaru jako pierwsi, ale nie wiele mogli zdziałać. „Ogień się wzmagał, szybko przenosił z domu na dom. Paliły się komórki i podwórka. Dlatego strażacy zlokalizowali tylko ogień i nic więcej nie mogli zrobić. Z pomocą pospieszyła im dopiero straż z lotniska Dęblin. A po pewnym czasie nadciągnął zastęp z Bobrownik i stacji kolejowej. Strażacy wręcz prześcigali się w szybkości jazdy. Czyj zaprzęg pierwszy dotarł na miejsce, ten dostawał dodatkową nagrodę”, opowiadał mieszkaniec Miasta Orląt.
Akcja ratownicza nie należała do łatwych. Żadna ze straży nie miała wtedy na wyposażeniu pojazdów silnikowych. Druhowie mogli zaprząc do beczkowozów tylko konie. Na domiar złego, nie dało się użyć motopomp, bo brakowało zasobów wody.

Reklama

Pomogła żydowska mykwa

W takiej sytuacji komendant ireńskiej straży podjął decyzję o wykorzystaniu do gaszenia pożaru koszernego zbiornika. „Znajdował się on w mykwie (żydowskiej łaźni) obok synagogi, na rogu ulicy Okólnej i Wiatracznej. Jednakże miejscowy rabin, nawet wobec takiego zagrożenia, zaprotestował. Sprawa oparła się nawet o policję i dopiero potem udało się otworzyć strażakom dostęp do basenu. Ale awantura była za to na całego”, relacjonował Artur Filipek.
„Dzięki pozyskaniu wody z żydowskiej łaźni, w końcu udało się strażakom zagasić ogień, chociaż straty były ogromne”, wspominał dęblinianin.
Gdy ogień przestał już zagrażać, strażacy doszli do porozumienia ze społecznością żydowską. „Pertraktacje ireńskiego kahału z komendantem OSP dały pozytywny rezultat. Straż nieodpłatnie uczestniczyła w doprowadzeniu mykwy do stanu koszerności”, mówił Filipek. Więcej dobrych uzgodnień zapadło w zakresie wspólnego działania strażaków chrześcijan ze społecznością wyznania mojżeszowego. „Miejscowi Żydzi nie szczędzili środków własnych na wspieranie OSP. Brali udział w działaniach przeciwdziałającym pożarom”, tłumaczył świadek tamtych wydarzeń.
Po kilku latach od pożogi, staraniem dęblińskich Żydów, spalona część miasta została odbudowana. W kolejnych latach, tak jak przed pożarem, też kwitł na niej handel.

Tadeusz Opieka, 
opr. Tomasz Kępka

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo TwojGlos




Reklama
Najnowsze wiadomości