Dla wygody, oprawcy kazali pojmanym uklęknąć nad rowem. Po chwili nastąpiły strzały. Od bestialskiej zbrodni niemieckiej na mieszkańcach Lenda Wielkiego minęło 79 lat
Stale panujący terror sprawiał, że w okresie okupacji nikt nie mógł czuć się bezpiecznie. Tak samo zagrożona była zarówno ludność miast, jak i małych miejscowości. Co więcej, Polakom groziło niebezpieczeństwo nie tylko ze strony Niemców, ale i grasujących band komunistycznych. O tym, że nie warto było sprzyjać ani jednym, ani tym bardziej drugim, przekonali się na początku 1943 r. mieszkańcy Lenda Wielkiego.
Dramat niewielkiej wsi w dzisiejszej gminie Nowodwór poprzedziły działania Niemców z 22 stycznia w Jeziorzanach. Owego dnia w tamtejszej wsi granatowi policjanci złapali na kradzieży pospolitego złodzieja. Został zabrany na miejscowy posterunek policji, a następnie przekazany w ręce funkcjonariuszy żandarmerii i gestapo z Kocka. Ponoć mężczyzna w toku brutalnego przesłuchania, licząc na ocalenie, zaczął „sypać” nazwiskami mieszkańców Lenda, Niedźwiedzia, Helenowa, Żurawca i Lipin. Wszyscy, o których powiedział mieli pomagać partyzantom znienawidzonego przez Niemców oddziału Aleksieja Serafina. Historycy potwierdzają, że banda Serafina rzeczywiście operowała w rejonie Lenda. A pod koniec 1942 r. dokonała bandyckiego napadu na majątek Kuszlów w Jeziorzanach mordując m.in. głowę rodziny i gwałcąc jego córki.
Znając garść nazwisk, 24 stycznia okupanci zjawili się w Lendzie wraz z przesłuchiwanym mężczyzną. Miał wskazać adresy sprzymierzeńców Serafina. Początkowo odmawiał, ale Niemcy biciem zmusili go do współpracy. Razem obeszli całą wieś i aresztowali sołtysa Józefa Trojaka oraz Stefanię Nastalską z jej dziećmi: Heleną i Stanisławem. Niemcy chcieli ich od razu rozstrzelać, lecz pod wpływem komendanta granatowej policji z Przytoczna, przekazali ich do gestapo. Mieszkańcy zostali więc zapakowani na ciężarówkę i zabrani. Od tego czasu ślad po aresztowanych zniknął i nikt nie wie, co się z nimi stało.
Kolejne dni mijały w Lendzie spokojnie, aż do 3 lutego. Wówczas w ręce niemieckiej żandarmerii przypadkowo wpadli dwaj nieznani dziś z nazwiska partyzanci Armii Ludowej. Zatrzymanych okupanci od razu zabrali na posterunek w Dęblinie. A już na drugi dzień na tym posterunku pojawili się, powiadomieni przez żandarmerię, funkcjonariusze gestapo z Puław. Gestapowcy natychmiast rozpoczęli przesłuchiwanie nie szczędząc bicia metalowymi prętami i innych tortur: rażenie prądem, czy przypalanie. Nie mogąc wytrzymać dotkliwego bólu, partyzanci po kilku godzinach przesłuchania zaczęli wskazywać konkretnych mieszkańców wsi: Lendo, Lipiny, Niedźwiedź, Żurawiec, Zawitała i Helenów, którzy współpracowali z AL oraz PPR.
Z wymuszonych zeznań utworzyła się pokaźna lista osób, dlatego Niemcy solidnie zaplanowali akcję ich pojmania. Do Dęblina ściągnęli dodatkowe plutony żandarmerii z Puław i postawili w stan gotowości bojowej dwa pułki z 379 dywizji strzeleckiej, a także dwa bataliony ormiańskie, dwa bataliony turkiestańskie i jeden pluton strzelców krajowych z Lublina. W sumie grupa wojska liczyła około 500 ludzi. Kiedy tak zadysponowane siły przybyły do Dęblina, przystąpiono do akcji. Na pierwszy ogień, 4 lutego, poszły wsie Żurawiec, Helenów i Lipiny, które tego dnia zostały otoczone szczelnym kordonem wojska.
W każdej miejscowości Niemcy skrupulatnie przeszukiwali dom po domu, zgodnie z porządkiem na liście. Kilkukrotnie w toku przeszukań znajdowali broń, amunicję, czy też rożnego rodzaju kolportowaną prasę. Przy okazji doszło do rozstrzelań kilkunastu mieszkańców tych wsi. A osobną grupę (nie wiadomo, jak liczną) okupanci wywieźli do obozu koncentracyjnego na Majdanek.
Na drugi dzień, 5 lutego, niemieckie wojska otoczyły szczelnym kordonem Lendo. Tu scenariusz wyszukiwania ludzi był inny. Zaskoczeni mieszkańcy zostali zgromadzeni w jednym miejscu, po czym żandarmi poczęli wyczytywać z nazwiska poszczególne osoby. Nikt jednak z szeregu się nie ruszył. Okazało się bowiem, że Niemcy pomylili Lenda, wchodząc do Ruskiego, zamiast Wielkiego. Zorientowawszy się w pomyłce, wypuścili mieszkańców zabierając ze sobą kilku chłopów i udali się z nimi do Lenda Wielkiego.
Cykl czynności był taki sam, jak w Lendzie Ruskim. Niemcy ustawili w jednym szeregu całe rodziny, włącznie z małymi dziećmi. Następnie, po wyczytaniu kolejnych osób odstawiali ich na bok. Było kilka braków, ale i z tym sobie poradzili wyciągając z szeregu przypadkowych mieszkańców. A gdy wyczytywanie się skończyło, „wybrańcy” zostali odprowadzeni w stronę grobli, tuż przy przydrożnym rowie.
Klękając wzdłuż krawędzi rowu, nieszczęśnicy domyślali się, co ich czeka, więc zaczęli modlić się i żegnać między sobą. Po chwili zaterkotał karabin maszynowy siekąc bez litości mieszkańców. Rażeni serią kul skazańcy padali jeden po drugim. Niektórzy co prawda wykazywali jeszcze oznaki życia, lecz jeden z oficerów strzałem w głowę z broni krótkiej szybko ich tego życia pozbawiał.
Taką samą rzeź Niemcy uczynili we wsi Niedźwiedź, ale do dziś nie wiadomo, ile zabito w niej mieszkańców. W samym zaś Lendzie wszystkie domostwa osób zabitych zostały doszczętnie ograbione (tu przydali się chłopi z Lenda Ruskiego), a na końcu podpalone. Podobnie, spaleniu uległy zabudowania w pozostałych wsiach.
Z kolei ciała zabitych, po odjechaniu Niemców, pozabierali miejscowi chłopi. Każdej z ofiar zrobili trumnę, a następnego dnia wszystkich pochowali w pobliżu miejsca egzekucji. Dopiero na wiosnę tego samego roku nocą nastąpiła ekshumacja i wywiezienie szczątek na cmentarz do Woli Gułowskiej. Tam większość ofiar tego bestialskiego mordu została pochowana we wspólnym grobie. Zaś pozostali spoczęli w rodzinnych grobowcach.
W sumie we wszystkich wsiach zginęło około 100 osób. W samym Lendzie Wielkim Niemcy zabili 29 mieszkańców, z czego 5 ofiar było osobami przypadkowymi, a 4 osoby to osoby aresztowane wcześniej. W 1972 r. potomni postawili ofiarom obelisk upamiętniający tamto tragiczne wydarzenie. Na tablicy znalazło się 38 nazwisk zamordowanych mieszkańców.
opr. Tomasz Kępka
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze