Policja wyjaśnia okoliczności zdarzenia drogowego i próbuje namierzyć sprawcę, prawdopodobnie kobietę. Odjechała nie udzielając pomocy potrąconemu motorowerzyście
Była sobota 14 stycznia. Około 14:30 pan Tadeusz wybrał się swoim motorowerem do kolegi w Lipinach. Mieszka na kolonii Urszulin w gminie Nowodwór. Po przejechaniu kilkuset metrów zbliżał się do skrzyżowania z drogą podporządkowaną w Urszulinie. - Zauważyłem, jak jedzie nią samochód osobowy jasnego koloru. Nie wiem, jakiej marki, ale nie wykluczone, że to mogło być renault - wspomina 60-latek. Nie zwrócił większej uwagi. Wtedy jeszcze nie wiedział, że znajdzie się w opałach. - Samochód dojeżdżając do skrzyżowania z główną drogą jechał wolno. Myślałem, że kierowca się zatrzyma widząc, że jadę z pierwszeństwem. Gdy byłem na skrzyżowaniu, auto gwałtownie przyspieszyło - opowiada motorowerzysta. Pan Tadeusz wystraszył się. Chcąc ratować się przed kolizją skręcił w lewo. Zderzenia nie udało się jednak uniknąć.
Jednoślad przewrócił się, a wraz z nim 60-latek. - Całe szczęście, że miałem kask szczękowy, bo nie wiem, jakby się to skończyło - mówi poszkodowany. Przewracając się uderzył głową o asfalt. Siła była tak duża, że kask popękał. Sprawca zdarzenia odjechał w kierunku Grabowa Szlacheckiego, nie zatrzymując się, żeby udzielić pomocy. - Wszystko trwało chwilę. Nie zdążyłem zauważyć numerów rejestracyjnych. Na pewno za kierownicą siedziała kobieta, blondynka. Wydaje mi się, że jechała sama. Po chwili zdołałem podnieść się i ściągnąć rozbity motorower na pobocze - relacjonuje pan Tadeusz. Wtedy od strony Grabowa nadjechał inny samochód. Zatrzymał się. Młody kierowca wysiadł, spytał co się stało. To on zadzwonił na policję. Potwierdził, że po drodze mijał jakiś jasny samochód kierowany przez kobietę. Policji jak do tej pory nie udało się ustalić ani marki, ani tym bardziej, kto kierował autem. - Jest prowadzone postępowanie w tej sprawie - informuje asp. sztab. Agnieszka Marchlak, rzecznik prasowy KPP w Rykach.
Po wykonaniu policyjnych czynności na miejscu zdarzenia, wszyscy się rozjechali. - Początkowo czułem się dobrze, dlatego powiedziałem, że nie trzeba wzywać karetki. Gdy wróciłem do domu, ból dawał się coraz bardziej we znaki - wspomina motorowerzysta. Zięć zawiózł go na SOR do Puław. Badanie nie wykazało złamań, ale trzeba było założyć szwy na rozciętym nosie. Pan Tadeusz był też mocno poobijany. Przebywa na zwolnieniu. Do tej pory ma siniaki m.in. pod okiem. Powoli zaczyna też myśleć o naprawie motoroweru. Szykuje się spory wydatek. - Opłacam regularnie swoją składkę OC, ale nie mam autocasco. Ubezpieczyciel poinformował mnie, że dopóki nie znajdzie się sprawca zdarzenia, odszkodowanie nie może być wypłacone - żali się 60-latek. Najprawdopodobniej trzeba będzie wydać na naprawę ponad tysiąc złotych. - Dla mnie to bardzo dużo pieniędzy, tym bardziej, że ja nie zawiniłem. Jechałem prawidłowo zgodnie z przepisami - podkreśla.
Pan Tadeusz zwraca się do osób, które mają wiedzę mogącą przyczynić się do ustalenia sprawcy kolizji o przekazanie tych informacji policji.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze