Historia ze zdjęcia: Dzisiejszy dzień był niezwykły. Pak Beng to totalna wiocha nad Mekongiem pośród gór. Naszym celem było dostać się do oddalonego o 50 km przejścia granicznego Laosu z Tajlandią w Muang Ngeun. Jest ono rzadko uczęszczane przez miejscowych, nie wspominając o dwójce białasów. Busy? Zapomnijcie. Raz dziennie po południu. Tuk tuki? Też nie. Łódka droga i płynie w inne miejsce. Łapaliśmy więc stopa na poboczu wąskiej górskiej drogi, gdzie przejeżdżały dwa auta na godzinę. Po drodze spotkało nas wiele przygód. Laos i Tajlandia świętują właśnie Nowy Rok. Nie mogliśmy się opędzić od zapraszających nas na piwo miejscowych. Trwa Songkran Festival i Laotańczycy, podobnie jak Tajowie, obficie leją się wodą. Zaliczyliśmy ze dwa wiadra, kilkanaście garnków i chyba z tuzin strzałów z pistoletów na wodę. W końcu pokonaliśmy około 50 km i dotarliśmy do granicy. Przyznamy, że trochę byliśmy wstawieni, bo zimne Beerlao się lało i lało. Złapaliśmy kolejnego stopa, który podrzucił nas na pobliski posterunek policji. Okazało się, że policjanci też są wstawieni i też świętują. Dali nam ciastka, wodę i złapali nam kolejnego stopa... no bo kto by się nie zatrzymał na rozkaz policji? Tym sposobem dojeżdżamy właśnie do Chiang Mai na północy Tajlandii. Trochę zmęczeni i głodni, ale pokonując ponad 50 km w ciągu dnia. Życie potrafi zaskakiwać, co?
Komentarze