Choć nie zdołali uratować siebie, ocalili mieszkańców i ich gospodarstwa, które niechybnie uległyby zniszczeniu. 65 lat temu w pobliżu Kazimierza Dolnego doszło do katastrofy, w której zginęli dwaj dęblińscy lotnicy
Upadki samolotów zdarzały się w przeszłości i zdarzają obecnie. Często historia zapomina o tego typu zdarzeniach i o bohaterach, którzy nie zdołali w pełni zrealizować swoich podniebnych aspiracji. W dzisiejszym artykule przypominamy zdarzenie, jakie miało miejsce w 1957 r.
Początki dramatu rozgrywały się 19 lipca w godzinach rannych na lotnisku w Dęblinie. Stacjonował wówczas na nim 59 pułk szkolno-bojowy, złożony z samolotów myśliwskich typu PZL Lim-1 i Lim-2 produkowanych na radzieckiej licencji. Na ten dzień dowództwo pułku zaplanowało loty w parze na wysokości od 1000 do 3000 metrów w obrębie lotniska.
Do lotów przygotowywali się absolwenci Ośrodka Szkolenia Lotniczego nr 4, wśród których znalazł się chorąży Tadeusz Libuda. Młodzi piloci przeszli obowiązkową odprawę, na której poznali schemat lotów, prędkości, pułapy i planowane do wykonania figury. Prześledzili także prognozę pogody, jaka miała panować nad miejscem lotów.
Po odprawie, o godz. 7:30 Tadeusz Libuda udał się wraz ze swym instruktorem, Aleksandrem Sroką do stojących, gotowych do startu samolotów odrzutowych. Po około 20 minutach w maszynach zostały opuszczone owiewki kabiny i włączone silniki. Kwadrans później para LIM-ów zaczęła kołować na pasie startowym, by po zgodzie wieży kontroli lotów wzbić się w powietrze. Wznosząc się na coraz wyższy pułap, aż do 2000 m, piloci odlecieli w południowym kierunku.
Będąc w okolicy Kazimierza Dolnego kadet Libuda dostał polecenie od instruktora Sroki, by podleciał bliżej samolotu dowódcy. Przystępując jednak do wykonania polecenia, chorąży zbyt gwałtownie podleciał do maszyny instruktora. W efekcie uderzył w nią, odcinając prawe skrzydło oraz uszkadzając kadłub. Podobnych uszkodzeń doznał również samolot chorążego.
W wyniku zderzenia Lim Libudy zaczął gwałtownie nurkować kierując się wprost na zabudowania. Gdy instruktor zorientował się, na co się zanosi, rozkazał: „Wyprowadź za miasto! Natychmiast wykonaj!”. Chorąży mimo beznadziejnej sytuacji wyprowadził samolot w pola, gdzie rozbił się ginąc w kadłubie. Taki sam los spotkał instruktora Aleksandra Srokę.
„Dęblin” szybko zorientował się, że ćwiczenia nie przebiegają według planów. Z wieży padł więc rozkaz, by w powietrze podnieść śmigłowce PZL Mi-2 oraz samoloty rezerwowe. Loty szkoleniowe zostały natychmiast wstrzymane, a do kabin śmigłowców i samolotów pobiegli doświadczeni instruktorzy. Po około 2 minutach wieża otrzymała komunikat, że jedna z maszyn poszukiwawczych dostrzegła słupy czarnego dymu. Po chwili pojawiło się więcej komunikatów o tym, że samoloty są zniszczone, że się palą i że na miejscu jest już straż pożarna.
W pobliżu miejsca katastrofy wylądowały 4 śmigłowce z uzbrojonymi żołnierzami, których zadaniem było zabezpieczenie miejsca katastrofy. Po pewnym czasie dotarli też wojskowi z Dęblina w celu przesłuchiwania ewentualnych świadków i zbierania fragmentów poszycia samolotu. Jednocześnie rozpoczęły się poszukiwania ciał pilotów. Po około 3 godzinach strażacy poinformowali wojsko, że ich zwłoki zostały odnalezione w kabinach samolotów.
Po odjechaniu jednostek strażackich wojsko przystąpiło do wydobycia ciał, po czym śmigłowcami zostały one przetransportowane do Dęblina. Pięć dni później na lotnisko dotarły także wraki obu uczestniczących w katastrofie samolotów.
21 lipca odbył się pogrzeb chorążego Tadeusza Libudy. Kondukt wyruszył z lotniska w Dęblinie i zmierzał do kościoła. W ostatniej drodze pilota jego trumna miała asystę wojskową. Szła za nią też rzesza mieszkańców oraz przyjezdnych, którzy chcieli pożegnać dzielnego absolwenta. W drodze na cmentarz komunalny nad trumną będącą na wojskowej lawecie przeleciały 4 śmigłowce wojskowe. Tuż przed wpuszczeniem trumny do grobu rozległa się salwa wojskowa, którą oddała kompania wojskowa, a na niebie pojawił się klucz LIM-ów na pożegnanie. Trzy dni później, w takich samych okolicznościach, w Dęblinie został pochowany instruktor Aleksander Sroka.
Bardzo szybko skończyły się marzenia chorążego Libudy o lotnictwie. A szkoda, bo pokonał wiele kilometrów, w tym granice państwa, by dotrzeć do Szkoły Orląt. Urodził się 25 marca 1936 r. w Starosielcu, w powienie Łuck, na terytorium dzisiejszej Ukrainy. Jeszcze w 1945 r. został repatriowany na Ziemie Zachodnie.
Po powołaniu przez Wojskową Komendę Rejonową w Inowrocławiu, 1 października 1954 r. został wcielony do wojska. Rok później, już na ochotnika, wstąpił do Oficerskiej Szkoły Lotniczej i został skierowany do grupy, która jako pierwsza w OSL-4 szkoliła się na myśliwskich samolotach MiG-15. W tejże szkole Libuda zdobywał wiedzę i doświadczenie w 1 eskadrze myśliwskiej w kluczu lotniczym kpt. pil. Aleksandra Sroki.
Niestety lotnicze szczęście nie sprzyjało młodemu adeptowi pilotażu. Podczas pierwszego samodzielnego lotu grupowego, w wyniku błędu popełnionego w technice pilotażu, zderzył się z samolotem prowadzącym grupę. Piloci obu maszyn ponieśli śmierć, a samoloty spadły obok miejscowości Uściąż, 5 kilometrów na południowy wschód od Kazimierza Dolnego.
Tomasz Kępka
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze