Pamiątką był obrazek, a zamiast wystawnej uczty, dziecko dostawało pajdę domowego, drożdżowego placka. W latach przed- i powojennych pierwszym komuniom świętym towarzyszyła skromność i oszczędność
Na przestrzeni dziesięcioleci moda i zwyczaje związane z tym wyjątkowych dla dzieci wydarzeniem znacząco się pozmieniały. Dziś nieodzowna jest uczta, najlepiej w restauracyjnej sali. A stroje, jeśli nie są jednakowymi dla wszystkich albami, bywają jak do ślubu. Do tego dochodzą prezenty, nieraz dość kosztowne i wymyślne. Kiedyś było zupełnie inaczej Dominowała skromność, powodowana główne biedą. Ale rodzice robili co mogli, by zapewnić swoim pociechom należyte ubranie i posiłek. Ten zewnętrzny wymiar pierwszej komunii widoczny jest zwłaszcza na dawnych fotografiach. O zwyczajach komunijnych w okresie powojennym opowiedziała naszej redakcji Marianna Dulewicz z Dęblina.
Dla wiejskich dzieci moment przyjęcia komunii św. był nie tylko przeżyciem religijnym, do którego przygotowywały się chodząc do kościoła i zdając egzamin. Sam moment sakramentu stawał się pierwszą okazją do założenia odświętnego ubioru. Lecz w tym miejscu pojawiał się problem, bo w powojennych czasach dostęp do eleganckiej odzieży dla najmłodszych był ograniczony. Gotowych ubrań brakowało, więc rodzice, o ile mogli sobie na to pozwolić, kupowali materiał, z którego szyli ubranie. W przypadku dziewczynek należało przygotować jednolitą, białą sukienkę, długą do kolan, o kroju i wyglądzie bardzo różnym. Mógł ją wieńczyć kołnierzyk, zaokrąglony lub z trójkątnymi rogami, a w talii często był wstawiany pasek. Do tego wypadało założyć białe pantofelki lub sandałki takiego samego koloru.
Z kolei chłopcy byli ubierani w białą koszulę, do której w bogatszych domach dodawano biały, wąski krawat. Na wierzch wypadało założyć biały, jasnoszary lub ciemniejszy garniturek, składający się ze spodni (czasem krótszych, powyżej kolan) i marynarki zapinanej na trzy guziki. Uzupełnieniem były podkolanówki lub skarpetki w kolorze garnituru oraz obuwie. Tu, podobnie jak u dziewczynek, królowały pantofle bądź sandałki, ale w ciemnym kolorze.
Trzeba jednak pamiętać, że w latach 40-tych, czy 50-tych nie każdy mógł sobie pozwolić na zakup lub uszycie ubrania. Mieszkańcy wsi musieli sobie więc radzić sposobem. Pani Marianna, która dzieciństwo spędziła w Borkach w gminie Nowodwór, dobrze pamięta, jak rodziny organizowały strój pierwszokomunijny. - Każdy starał się jak mógł. Częstą praktyką było przekazywanie stroju po starszym dziecku. Niektóre matki czasem korzystały nawet z własnego stroju komunijnego i po przeróbce ubierały w niego własne córki. A inni, jeśli nie szyli we własnym zakresie ubrań, pożyczali je od kogoś - zaznacza Dulewicz.
Gdy własny lub pożyczony strój był już gotowy, niektórzy zdobili go dodatkami. W różnych opracowaniach na temat historii „mody komunijnej” można przeczytać o wieszanych na szyi medalikach, krzyżykach czy łańcuszkach. Warto było posiadać w dłoni książeczki do nabożeństwa lub różańce, albo bukiecik kwiatów, jak choćby popularnych w maju konwalii. Natomiast w dawnej gminie Nowodwór, i zapewne okolicy, dominował zwyczaj dekorowania sukienek zielonymi gałązkami, a głowy białą kokardą. - Jeśli chodzi o zieleninę, popularny był szparagus, który rósł w prawie każdym domu. Z kokardami było tak, że wiązało się ją na krzyż i przyczepiało do włosów spinkami - oznajmia pani Marianna. Czasem zamiast kokard pojawiały się wianki, początkowo z naturalnych kwiatów i ziół. - Na naszych łąkach, przy mokradłach, było mnóstwo mięty, macierzanki, rumianków, jaskrów i wiele innych. Wystarczyło ich narwać i wić, ale nie każdy na to się decydował - opowiada. Później naturalne wianki wyparły te z kwiatami sztucznymi.
Z tradycją pierwszych komunii wiąże się jeszcze rodzinny obiad. Tak przynajmniej wygląda to obecnie. W dawnych czasach i pod tym względem było skromnie. - Nikt nie wystawiał takich uczt, jak teraz. Czy bogatszy czy biedny przeżywał komunię dziecka podobnie. Bez zastawionego stołu i licznych prezentów. Można powiedzieć, że jedynym prezentem, poza obrazkiem z komunii, jaki otrzymywały dzieci, był kawałek placka. Najpopularniejszy był drożdżowy, wypiekany w dużym, piecu, jakich nie brakowało w każdym domu. Do placka dziecko dostawało w kubku mleko. Czasem mieszało się je ze śmietaną. Mogło być ciepłe, świeże, prosto od krowy. Ale gospodarze mieli też i sposób, by je schłodzić. W naszej wsi, po wydojeniu krowy, kobiety wlewały mleko do baniek i wstawiały do zagłębienia przy rzece - mówi Dulewicz. Z bardziej treściwych natomiast dań komunijnych były podawane kluski lub kasza jaglana na mleku.
Poza obrazkiem z pierwszej komunii, dziecku nie pozostawało więc wiele pamiątek. Dlatego radość sprawiała już choćby fotografia. Zwykle robiło się zdjęcia grupowe przy kościele. Ale w naszym rejonie upowszechniły się i indywidualne. - Wszystko dzięki popularnemu w tamtych czasach fotografowi z Dęblina, który motocyklem objeżdżał wszystkie okoliczne miejscowości i robił zdjęcia chętnym osobom, także dzieciom komunijnym - wspomina Marianna Dulewicz.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze