Reklama

Bracia Majkowie z Wylezina nowe dokumenty i zdjęcia o zbrodni Niemców z 1944 roku

26/03/2026 08:30

Katowani przez niemieckich oprawców do niczego się nie przyznali, ale odmowę zeznań przypłacili życiem. 13 marca minęło 82 lata od egzekucji dwóch młodych mężczyzn, mieszkańców gminy Kłoczew

2 lata temu pisaliśmy na łamach naszej gazety o tragedii Jana i Mariana Majków z Wylezina. Obaj zginęli z rąk okupantów w gospodarstwie swoich rodziców Antoniego i Marianny z Gruzów. Dzięki publikacji tamtego artykułu i skontaktowaniu się z naszą redakcją krewnego ofiar: Kazimierza Majka, udało się doprecyzować pewne dane, a co najważniejsze, uzyskać zdjęcia zamordowanych przez Niemców braci. Na jaw wyszły również nowe dokumenty, a konkretnie zeznanie świadka - brata zamordowanych - Wacława, który opisał zbrodnię z 1944 r. Postanowiliśmy zatem ponownie wrócić do wydarzeń sprzed ośmiu dekad.

Motywem miała być broń

Tamtego marcowego poranka mieszkańcy Wylezina nie spodziewali się większego zagrożenia, choć wokół panowała okupacja. Była sobota, więc jak co dzień wstali do gospodarskich obowiązków. Tymczasem ku zaskoczeniu wszystkich, około godziny 6 do wsi wjechały samochody wypełnione uzbrojonymi w broń Niemcami. Świadek policzył, że grupa okupantów liczyła 12 esesmanów i 6 policjantów. Dla porządku należy jednak dodać, co zapamiętał z opowieści rodziców kuzyn ofiar, że trafienie do rodziny Antoniego i Marianny Majków nastąpiło ze wskazania. - W naszej rodzinie było mówione, że Niemcy wyruszając na przeszukanie zajechali do Janopola. Tam wzięli ze sobą jednego z gospodarzy, który miał im pomóc wskazać gospodarstwo Majków, kowali w Wylezinie. Ale gdy dojechali do wsi, pojawił się problem, bo w Wylezinie mieszkały dwie rodziny Majków trudniące się kowalstwem. I w obu mieszkali mężczyźni o imionach Jan i Marian. Lecz ten, który prowadził Niemców, wskazał na gospodarstwo po lewej stronie, przy stawie, czyli na dom moich krewnych - tłumaczy Kazimierz Majek.
Gdy żołnierze i policja wiedzieli już dokąd iść, dalsze zbrodnicze procedury mogły wyglądać podobnie, jak podczas wielu podobnych w tamtym czasie. Niemcy otoczyli gospodarstwo z każdej strony, a kilku weszło na podwórko. W przypadku Majków, celem ich poszukiwań była rzekomo ukryta przez młodych domowników broń.

Reklama

Uciekł z niemieckiej niewoli

Okupanci zaglądali więc do wszystkich miejsc na terenie gospodarstwa. Wyprowadzili też z mieszkania dwóch braci: 28-letniego Jana i 23-letniego Mariana, których podejrzewali o działalność konspiracyjną. Czy rzeczywiście młodzi mężczyźni włączyli się do podziemia, tego nie wiadomo. Ich krewny podejrzewa, że mogło tak być, a jako prawdopodobną organizację wskazuje Bataliony Chłopskie. - Bechowców było w tej okolicy bardzo dużo - zauważa pan Kazimierz.
Jakkolwiek by jednak nie było, zarówno Jan, jak i Marian mieli kontakt z wojskiem. Świadczyć o tym mogą zdjęcia w mundurach, które do dziś pozostały ich potomkom na pamiątkę. Co do żołnierskich losów młodszego, Mariana, nie ma informacji. Ale nasz rozmówca podaje kilka szczegółów o starszym z braci - Janie. - Mógł brać udział w Wojnie Obronnej 1939 r., ponieważ trafił do niewoli niemieckiej i przebywał kilka lat w łagrze lub w innym miejscu na terenie Rzeszy. Ale z tej niewoli udało mu się uciec i przybył do domu prawdopodobnie na kilka dni przed swoją egzekucją. Gdy przebywał już w Wylezinie, ponoć nie krył się z niczym i swobodnie chodził po gospodarstwie - zaznacza krewny Jana.
Będąc w rodzinnym domu, obaj bracia pomagali rodzicom w gospodarstwie i najpewniej włączali się w prace kowalskie, z których rodzina się utrzymywała. Jak się miało okazać, wkrótce pomocne w ich fachu narzędzia zostały wykorzystane do przesłuchania.

Godzina tortur i terroru

Z racji na to, że obaj młodzi nie przyznawali się do posiadania broni, niemieccy oprawcy postanowili rozprawić się z nimi w brutalny sposób, wykorzystując właśnie wyposażenie kuźni. Opisał to w swoim zeznaniu brat zamordowanych. „Jana Majka (…) wzięto do kuźni, gdzie wkręcono mu ręce w imadło i zaczęto go torturować narzędziami kowalskimi. I pies wyszarpywał ciało. Kiedy (Jan - przyp. red.) był już nieprzytomny, zabito go z pistoletu”, napisał Wacław Majek.
Podobnie oprawcy postąpili z młodszym od Jana - Marianem. „Mariana Majka zaczęto bić kolbami od karabinu w mieszkaniu, po czym wyprowadzono go na podwórko. Następnie kazano mu wejść do obory i szukać broni. I tu go dobito z pistoletu”, zeznał Majek.
Dramat obu braci mógł trwać około godziny. Wskazywać na to mógłby zapis w księgach metrykalnych ich zgonu. Przy obu mężczyznach została wpisana godzina 7 rano. O tym, jak dalej potoczyła się sytuacja w gospodarstwie po egzekucji opowiada w końcówce swych zeznań brat zamordowanych. „Policja wezwała Józefa Krupę z furmanką, aby odwiózł tucznika zabranego od zamordowanych Majków do Kłoczewa”, pisał Wacław Majek.

Reklama

Odchodziła od zmysłów

Ciała Jana i Mariana spoczęły na cmentarzu parafialnym w Kłoczewie. Całe to wydarzenie najboleśniej przeżyła matka braci. Ponoć na skutek tego, co się stało, w części postradała zmysły. - W naszej rodzinie opowiadano, że jeszcze długo po pogrzebie chodziła na cmentarz i niosła synom jedzenie. Ale mimo to żyła długo, a dramatyczne wspomnienia tylko czasem dawały o sobie znać w jej zachowaniu - wspomina Kazimierz Majek.
Mimo, że od tamtej zbrodni minęło 80 lat, wciąż nie wiadomo, jak doszło do tego, że Niemcy uparli się przeszukać akurat dom Majków. Najbardziej prawdopodobną wersją wydarzeń był uprzedni donos. Kto był donosicielem, tego nie wiadomo. Ale istnieją poszlaki, że donosiciela w końcu wytropili partyzanci z Armii Ludowej i się z nim odpowiednio rozprawili.
 

Źródło: Gazeta Twój Głos - tygodnik powiatu ryckiego Aktualizacja: 26/03/2026 09:53
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo TwojGlos




Reklama
Najnowsze wiadomości