Reklama

Raj dla sportowców i spragnionych relaksu

16/01/2026 12:16

Liczne zadrzewienia i zarośla sprzyjały wyciszeniu, a obiekty sportowe zachęcały do aktywnego wypoczynku. Ireński park w latach przedwojennych i okupacji przyciągał rzesze mieszkańców okolicy

Wśród ludzi zapatrzonych w przyszłość wciąż funkcjonuje maksyma „co było a nie jest, nie pisze się w rejestr”. Przykładem takiej szkodliwej amnezji może być przypadek istniejącego w historii Dęblina tzw. parku. Dziś prawie się o nim nie pamięta, bo po latach istnienia zniknął bez śladu. Warto jednak wiedzieć, że w czasie świetności był ważnym czynnikiem miastotwórczym. Wygląd parku i wydarzenia z nim wiązane zapamiętał Artur Filipek, urodzony w 1928 r. mieszkaniec Ireny. Jego wspomnienia zebrał lokalny historyk, Tadeusz Opieka.

Dostępny całą dobę, zimą i latem

Ireński park, jako kultowy ogród miejski, mieścił się na terenie będącym w administracji wojskowej 15 Pułku Piechoty „Wików”. „Zamykał jakby ul. Warszawską u wylotu za przejazdem kolejowym. I choć był wydzielony granicznymi płotami jako obszar wojskowy, to jednak dostęp do niego pozostawał nieograniczony co do używalności przez całą dobę, zarówno latem, jak i zimą. Miejscowe społeczeństwo korzystało z niego na podstawie porozumienia stron między społecznością, a Pułkiem. Ta zasada obowiązywała bez względu na to, co miałoby się zdarzyć”, wspominał Filipek.
Chociaż park był terenem wydzielonym przez administrację 15 Pułku, z punktu widzenia mieszkańców okolicy obejmował szersze przestrzenie. „Park był niejako jądrem całego założenia, a wokół niego znajdowały się tereny przyległe, spacerowe, rekreacyjne, będące poza oficjalnymi, współwłasnościowymi uprawnieniami wojska. Ten magiczny punkt na terenie miasta spajał rozczłonkowane ireńskie społeczeństwo. Takiego parku nie było wśród ościennych miejscowości: w Rykach, Stężycy, Bobrownikach itp.”, oceniał mieszkaniec Ireny.

Reklama

„Strzelało się do dużych sylwetek”

Wróćmy jednak do samego centrum założenia parkowego, czyli terenu będącego formalnie we władaniu wojska. Obwód tego centralnego miejsca wyznaczało ogrodzenie. „Tereny przy dzisiejszej ul. Podchorążych, w prawo od osi ul. Warszawskiej, odgrodzone były wysokim płotem ze sztachetami drewnianymi - przewiewnie. W lewo zaś patrząc od ul. Warszawskiej, ogrodzenie stanowiła stalowa siatka, aż po przejazd PKP na Lotnisko, dziś już nieistniejący. Przy zbiegu tych płotów, vis a wis Warszawskiej, znajdowała się brama wjazdowa, a przy niej furta do parku. W tym obszarze była też posadowiona, trochę eksterytorialnie, posesja „dróżnika” (odpowiedzialnego za naprawę szos), a nieco dalej stało domostwo całodobowego stróża obiektu”, zapamiętał Filipek.
W środku parku kluczowe znaczenie miały obiekty sportowe. Była to charakterystyczna cecha tego miejsca. Sportowcy mieli do dyspozycji stadion lekkoatletyczny i kort tenisowy. Ciekawostką była też strzelnica sportowo-treningowa do doskonalenia strzelania z broni palnej i krótkiej na różnych dystansach. „Strzelało się do sylwetek dużych, na czas, z obrotem tarczy i na różnych dystansach”, wspomina mieszkaniec Ireny. Ten obiekt miał jednak marginalne znaczenie, a ożywał jedynie podczas organizowania zawodów strzeleckich.

Nietypowa bieżnia rodziła problemy

Zdecydowanie częściej wykorzystywany był stadion. Stanowił on główne miejsce wśród sportowych urządzeń. „Stadion posiadał bieżnię okólną podwójną: wewnętrzną dla celów sportowych z malowanymi torami oraz zewnętrzną, dla celów szkolenia wojskowego i ewentualnej rywalizacji, tzw. małpi gaj z różnymi typowymi dla tej dyscypliny przeszkodami, zakończoną wysokim na 2,5 m, szczelnym płotem”, zapamiętał Filipek.
Tuż przy stadionie, na bieżni żużlowej, znajdował się tradycyjny start krótkich dystansów. Bieżnia była ograniczona betonowym obrzeżem. Niestety jej wymiar był przypadkowy i wynosił 430 m, co w długich dystansach stanowiło nie lada problem dla sędziów i organizatorów sportowych imprez.
Dwie bieżnie (zewnętrzną i wewnętrzną) odgradzała od publiczności masywna, drewniana balustrada z żywopłotem. „Ciągnęła się wzdłuż całego stadionu. Nie było jej tylko od strony trybuny głównej, przed stumetrówką”, wspomina mieszkaniec Ireny.

Reklama

Eleganccy tenisiści przyciągali widzów

Drugim, nie mniej ważnym i chętnie użytkowanym obiektem parku był kort tenisowy. Znajdował się w odległości 100 m od mety stadionowej bieżni. Jak na tamte lata kort należał do nowoczesnych. Posiadał dwa pola do gry, stosownie ogrodzone wysoką siatką, ze stylowym domkiem klubowym wykonanym z drewna. „Mieściły się w nim: galeryjka widokowa, szatnie dla zawodników i sanitariaty. Budynek był starannie utrzymany i konserwowany, a co najważniejsze, najbardziej wykorzystywany przez elity wojskowe 15 PP „Wilków”: oficerów i podoficerów oraz ich rodziny. Taka kulturalna rozrywka”, opowiadał Artur Filipek.
Rozgrywane co jakiś czas mecze i treningi zwracały uwagę okolicznych mieszkańców. „Obserwując elegancko ubranych tenisistów: pań i panów, zazdrościłem chłopcom, etatowym podawaczom piłek, drobnych napiwków za posługę”, przyznawał mieszkaniec Ireny. Wszyscy trenujący, tym bardziej w takich warunkach, chcieli być jak święcący wówczas sławę Jędrzejowska, Hebda czy Tłoczyński. Biorąc pod uwagę podobne okoliczności przylgnął do tej dyscypliny sportowej przydomek: „sportu elitarnego”.
Popularność przedwojennego tenisa przerwała wojna. Po jej zakończeniu otoczenie kortu w Irenie zmieniło się. Co prawda sam kort pozostał, ale domek klubowy okradziono. Władze komunistyczne walczyły z burżuazyjną, elitarną dyscypliną, więc długo musiała czekać na swoje odrodzenie.

Gigant pośrodku stumetrówki

Park przyciągał okoliczną ludność przede wszystkim swą leśną naturą. „Wszystko tonęło w nieco przetrzebionym, ale dość rozległym terenie, ze wszystkimi urokami lasu, który skutecznie wyciszał sygnały i rumor przejazdu licznych pociągów”, zapamiętał Artur Filipek.
Według relacji mieszkańca, sceneria parku była wręcz bajkowa. Zwłaszcza, że miejscem niepodzielnie, niczym król, władał wielki dąb. „Gigant rósł na środku mniej więcej stumetrówki, tuż przy krawężniku. Ten dąb wprawdzie uporczywie wyważał korzeniami krawężnik betonowy, bo miał do tego prawo, ale przy okazji chronił rozległym listowiem prawie całą widownię przed deszczem i letnim skwarem. Był też jedyną szatnią dla sportowców”, wspominał Filipek. Biorąc pod uwagę wiek drzewa i jego rozmiary można powiedzieć, że był niejako „tatusiem” dzisiejszego dębu, pomnika przyrody, „Grota”. Ale nie tylko dąb cieszył oko wielbicieli przyrody. Równie dorodnie w parku prezentowały się sosny, które świadczyły o rozmiarach panującego tu niegdyś boru-lasu. „Świadczy to też o tym, że nazwa Dęblin nie wzięła się z księżyca”, sugerował Filipek.

Reklama

Zimne bufety z przysmakami

Biorąc pod uwagę taką scenerię, nie można się dziwić, że miejsce to sprzyjało organizowaniu różnych wydarzeń. Pomysłów na „zloty” było wiele: ogniska harcerskie, zgromadzenia szkolne, a przede wszystkim imprezy zwane festynami. „W ciągu lata nie było tygodnia, aby w parku nie odbywały się majówki organizowane przez zrzeszenia społeczne, stowarzyszenia obywatelskie, związki zawodowe, straż pożarną, itp., np. Koło Rodzin Policyjnych, Komitety Rodzicielskie Szkół...”, wyliczał mieszkaniec Ireny. Spotkania zazwyczaj miały charakter dochodowy, a środki z nich ubierane przeznaczano na cele społeczne.
Według relacji Artura Filipka, podczas imprez nie tylko można było się nieźle zabawić, ale przy czym zasiąść. Komitety we własnym zakresie organizowały bufety na zimno z lokalnymi przysmakami domowej produkcji. Serwowane były słodkie wypieki, lody, piwo za zezwoleniem, czy ogórki małosolne. „Ale sztandarowym daniem były kurczęta pieczone, nadziewane do spożycia na pazur, na stojąco w serwetce lub przy stoliku z krzesłami”, zapamiętał mężczyzna.
Oprócz takich przysmaków, imprezom zawsze towarzyszyła muzyka grana na żywo i tańce towarzyskie na zaaranżowanym podeście. Młodsi bujali się natomiast na ogromnej huśtawce.

Jak na amory, to tylko do parku

Jako osobną sprawę związaną z parkiem należy potraktować spotkania towarzyskie. Leśna sceneria była doskonała na pogawędki, popisy piosenkarskie harcerzy itp. Ale nie można nie wspomnieć, że sprzyjała jeszcze innemu celowi. Mianowicie służyła tym, którzy szukali dyskretnego i ustronnego miejsca na zaloty i randki, albo na zwyczajne szkolne wagary. Pikanterii dodać może fakt, że ireński park był również mekką dla ludzi spragnionych amorów. Aby ulżyć takim potrzebom młodzi ciągnęli w leśne przestrzenie zarówno za dnia, jak i w nocy. „Popyt na dyskretne tete-a-tete w samym tylko garnizonie był spory, stąd też panie o podejrzanej konduicie, i nie tylko one, miały w parku, jakby tu powiedzieć... pole do popisu, co było dla wszystkich tajemnicą poliszynela. Ale nie przeszkadzało to ludziom zażywać wypoczynku i zabawy po bożemu, a parkowi nie przysparzało sromoty”, wspominał Filipek. Był w historii parku tylko jeden przypadek, gdy w jego przestrzeni pojawiło się typowe miejsce dla wyuzdanej rozpusty.

Reklama

Burdel pod sowieckim ostrzałem

Ten przypadek zaistniał pod koniec okupacji hitlerowskiej, u schyłku lata 1943 r. Losy wojny wydawały się już wtedy przesądzone, front nieuchronnie zbliżał się do Wisły, więc wycofujący się Wehrmacht przerzucił na zaplecze, oprócz sił zbrojnych, także polowy burdel. Miejscem uciech był drewniany baraczek z firaneczkami i personelem. W parku był odpowiednio zamaskowany i przeznaczony oczywiście tylko dla Niemców. Problem jednak w tym, że przybytek nie miał dużego ruchu. Żołnierzom wtedy już nie w głowie były figle, myśleli raczej o tym, jak ocalić siebie.
Z tym burdelowym baraczkiem wiąże się zabawna anegdota. „Ci z mieszkańców Dęblina, którzy nie dali się złapać na kopanie rowów przeciwlotniczych w czerwcu 1944 r., podziwiali z sarkazmem niemiecką strategię utrzymania przyczółka mostowego dla uciekinierów, u progów wspomnianego, publicznego obiektu w parku. Dlatego przed przejazdem PKP w stronę ul. Warszawskiej posadowili jedno, duże działo przeciwpancerne po jednej stronie ulicy, i jedno szybkostrzelne po drugiej. Miejscowi żartowali wtedy, że tak zmasowanej obrony artyleryjskiej małego baraczku w szuwarach parku mógł pozazdrościć tylko duży barak, w którym ukrywał się sam Hitler. Oczywiście chodziło o Wilczy Szaniec. Taki gorzki żart”, zapamiętał Artur Filipek. Mimo wojennych losów, ów parkowy przybytek nie spłonął, a został rozebrany jako materiał budowlany.

Tadeusz Opieka, 
opr. Tomasz Kępka

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 20/01/2026 13:40
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo TwojGlos




Reklama
Najnowsze wiadomości