Reklama

Z pochodzenia Niemcy, z wyboru Polacy

15/05/2026 10:26

Trudnili się zwykle uprawą roli, mieli tu swoje gospodarstwa, świątynie i cmentarze. Na terenie dawnego powiatu garwolińskiego zamieszkiwały całe skupiska osadników obcego, najczęściej niemieckiego pochodzenia

W okresie przed i powojennym (do 1975 r.) Ryki i okolice należały do powiatu garwolińskiego. Na przestrzeni wieków do zadomowionej tu już mniejszości żydowskiej dołączali osadnicy z państw zachodnich. Zwykle byli to Holendrzy i Niemcy. - W niektórych miejscowościach to osadnictwo było naprawdę liczne - zauważa Hanna Witek, prezes Towarzystwa Przyjaciół Ryk.

Dom modlitwy poszedł na sprzedaż

Biorąc pod uwagę liczbę osadników i wielkość zajmowanych przez nich terenów, okolice Ryk nie należały do ich ulubionych. Największe skupisko znajdowało się bowiem w gminie Wilga. Tam najpierw trafili wspomniani wcześniej Holendrzy, a później Niemcy, którzy w szczytowym okresie stanowili 22,5 procent ludności tej gminy. Natomiast już w XVIII wieku osadników niemieckich sprowadził do okolic Żelechowa ówczesny właściciel dóbr żelechowskich Ignacy Wyssogota-Zakrzewski. Tak powstały miejscowości Francdorf I i Francdorf II zamieszkane wówczas przez Niemców, a dziś znane jako: Stefanów i Piastów.
Mniejsza, ale zauważalna liczba osadników z Niemiec pojawiła się w graniczącej z Żelechowem gminie Kłoczew. Ze źródeł historycznych wynika, że mieszkali oni w Janopolu. Lecz z czasem z nieznanych powodów tę miejscowość opuścili. - A świadectwem tego opuszczenia było to, że dom modlitwy został sprzedany. Kupił go jeden z mieszkańców, Stanisław Stępnicki - mówi Frąckiewicz.
Trudno dziś określić, ile rodzin niemieckich mieszkało w Janopolu, ale stanowili oni 1,1% mieszkańców gminy Kłoczew. - Ciekawy pod tym względem może być artykuł opublikowany w „Gazecie Świątecznej”. Traktuje on co prawda nie o mniejszości niemieckiej, ale o czterech pożarach w tejże wsi. Tak się złożyło, że w tym trzecim spłonęła stodoła i dom włościanina Ludwika Denskiego. Nazwisko mogłoby wskazywać na jego pochodzenie jako kolonisty niemieckiego. Choć mogło być też pomylone w druku przez redakcję, bo i sam Janopol został opisany jako przynależny do powiatu bialskiego i parafii Kłoczewo, a winno być Kłoczew - zauważa historyk.

Reklama

Zajmowali się głównie rolnictwem

Na obecność osadników niemieckich można natknąć się również zagłębiając się w przeszłość dzisiejszej gminy Stężyca. Ich śladów należy szukać w II połowie XIX wieku, gdy po powstaniu styczniowym nazwa gminy została zmieniona na Gmina Pawłowice z siedzibą w Stężycy. Na tym właśnie obszarze istniały dobra ziemskie Brzeźce. - Według ustaleń Towarzystwa Kredytowego dobra ziemskie Brzeźce i Prażmów liczyły wówczas ponad 2,5 tys. morgów, czyli ponad 1200 ha. W 1864 roku kupili je Żydzi: Benjamin i Michał Kasmanowie (bracia). A po uwłaszczeniu wsi Brzeźce i Prażmów, Żydzi odsprzedali część swych włości Niemcowi Fryderykowi Erhardowi w 1869 r. (10 włók i 25 morgów ziemi). Rok później Żydzi sprzedali kolejne 9 włók i 25 morgów 19 kolonistom, głównie niemieckim. I takim sposobem pojawili się na terenie gminy Pawłowice (Stężyca) osadnicy niemieccy - tłumaczy Frąckiewicz.
Osadnicy mieszkali w dwóch wsiach: Brzeźce i Prażmów. Zajmowali się głównie rolnictwem. Prawdopodobnie na początku XX wieku zakupili dom od sekretarza gminy Kozłowskiego i przenieśli go do Prażmowa. - To był długi, drewniany dom. Mieściła się w nim szkoła i dom modlitwy. Niestety uległ on spaleniu w 1944 roku wskutek działań wojennych. Niedaleko tego miejsca założono również cmentarz, który istnieje do dziś. Ale pozostało na nim zaledwie kilka nagrobków. Ten cmentarz był założony prawdopodobnie w latach 70-tych XIX wieku i funkcjonował do lat 40-tych XX wieku. Ostatnim znanym pochowanym na tym cmentarzu był Edward Golnik, brat Wilhelma, który został wcielony do Wehrmachtu i zginął zastrzelony przez polskich partyzantów. Jego ciało zostało pochowane na tym cmentarzu - opowiada Frąckiewicz.

Jedyny, który nie dał się wysiedlić

W kolejnych latach losy społeczności niemieckiej w gminie Pawłowice z siedzibą w Stężycy, tak jak i w innych miejscach, nie były łatwe. - W 1915 roku objęła tę mniejszość przymusowa ewakuacja do Rosji. Potem powrót i odbudowa zabudowań po zniszczeniach pierwszej wojny światowej - tłumaczy historyk. Lepszy czas dla osadników przyszedł dopiero w okresie międzywojennym. Mogli wówczas rozwijać swoje gospodarstwa. Ale po tym świetlanym okresie znów przyszła wojna, która tym razem przyniosła kres istnienia niemieckich kolonistów. - Zostali wysiedleni przez niemieckie władze okupacyjne. Jedynym, który nie dał się wysiedlić był wspomniany wcześniej Wilhelm Golnik. Tylko on wrócił z wysiedlenia i ukrywał się do 1944 roku. Gdy wydawało się, że już jest wolny, to przyszła Armia Czerwona i znowu musiał żyć w ukryciu, bo był jedynym Niemcem w okolicy - mówi Frąckiewicz. Po wojnie mieszkał w swoim rodzinnym gospodarstwie do 1969 roku. W tym samym roku zmarł i został pochowany na cmentarzu parafialnym w Stężycy.

Reklama

Ratunek od stężyckiego proboszcza

Opowiadając o osadnikach niemieckich w gminie Stężyca, warto wspomnieć też o Emilu Rozenfeldzie, jego żonie i czwórce dzieci. Byli bowiem jedynymi ewangelikami, którzy mieszkali w Stężycy. Posiadali młyn, w którym również mieszkali. - Początkowo budynek młyna wybudował Edward Prokob, ale nie miał funduszy i odsprzedał go Emilowi w spółce ze Stanisławem Komosą, (Emil miał 2/3 udziałów, a Stanisław 1/3). Młyn stoi do dziś. Do 1939 roku był własnością Emila. Później, gdy przybyli Niemcy, Emil musiał udowodnić im, że jest Niemcem, a nie Żydem. Wkrótce też Niemcy zaproponowali mu objęcie funkcji burmistrza jednego z miasteczek na Pomorzu. Ale postawili jeden warunek: musiał wstąpić do NSDAP. Emil był bardzo bogobojnym ewangelikiem i nie wyobrażał sobie wstąpienia do tej partii, więc odmówił. Skutek był taki, że po trzech dniach został skierowany do III Rzeszy na przeszkolenie wojskowe i wysłany na front wschodni - opowiada Frąckiewicz.
Na tym historia Emila się nie skończyła. - W 1945 roku szczęśliwie wrócił do Stężycy, ale natychmiast został zatrzymany przez milicję. Na szczęście w jego obronie wstawił się proboszcz parafii Stężyca, ks. Edward Bieliński. Dzięki jego pomocy, Emilowi nie tylko udało się uniknąć represji, ale też otrzymać w Garwolinie zaświadczenie od starosty, że ma zgodę na powrót do Niemiec - zaznacza historyk. Tam też, po kilku latach spotkała się cała rodzina Rozenfeldów. Emil Rozenfeld zmarł w 1980 r.
Do Polski często w latach 70-tych i 80-tych przyjeżdżał jego syn, Otto. - Bardzo dobrze mówił po polsku. Ożenił się z Niemką spod Wilgi, ale jego wybranka po polsku już nie mówiła. To dzięki rozmowom z p. Otto Rozenfeldem dowiedziałem się o losach kolonistów niemieckich w okolicy Stężycy, jak również o historii jego rodziny - przyznaje Jarosław Frąckiewicz.

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 15/05/2026 10:36
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo TwojGlos




Reklama
Najnowsze wiadomości