Kryzys wywołany epidemią koronawirusa dotknął rolników, którzy na co dzień sprzedają to co udało im się wyhodować. - Jabłka trzeba wyrzucać, jako pożywienie dla dzikich zwierząt - mówi Jerzy Poterek
Pan Jerzy zajmuje się sadownictwem od 50 lat. Poznał jego tajniki nie tylko w praktyce, ale i w teorii. Jest absolwentem ogrodnictwa na Akademii Rolniczej w Lublinie. Ma ok. 10 ha sadów. 80% zajmują jabłonie. Na pozostałej części są wiśnie, czereśnie i grusze.
Swoje produkty rolnik sprzedaje m.in. indywidualnym klientom, na targach, a duże ilość szły na przemysł. - Teraz wszystko stoi. Na targowiskach sprzedaż jest niemożliwa, bo handel się zatrzymał. Do domu też przyjeżdża coraz mniej osób - mówi pan Jerzy. Więksi odbiorcy ze względu na obecną sytuację też nie przyjeżdżają po towar. W rezultacie obroty spadają, a owoce się psują. - Nie mam profesjonalnej przechowalni z kontrolowaną atmosferą, w której można trzymać je przez dłuższy czas, dlatego powinny być sprzedawane na bieżąco - zauważa rolnik. Te jabłka, które się nie sprzedały, zostaną przekazane myśliwym, którzy stacjonują na terenie gminy Ułęż. - Oddam około 3 tony, które posłużą jako pożywienie dla dzików i innych zwierząt - tłumaczy.
Każdego roku na wiosnę konieczna jest pielęgnacja roślin. - Kończymy prace związane z wycinaniem tzw. "wilków", czyli gałęzi uniesionych w górę, a także starych, zniszczonych i uszkodzonych. Następnie trzeba sprzątnąć gałęzie w rzędach - oznajmia sadownik. To również czas na zastosowanie środków ochrony roślin, w tym opryski przeciwko chorobom i szkodnikom. - Jest jednak problem z ich zakupem. Wcześniej zamawiałem je z dostawą na miejsce. Zamówiony towar był praktycznie z dnia na dzień - wyjaśnia Poterek. Teraz trzeba będzie poczekać. - Towar rozwozi tylko kilku kierowców i wszystko może się przedłużyć - dodaje. Kolejno, zanim zacznie rosnąć trawa, należy zastosować tzw. herbicydy, czyli środki przeciwko chwastom.
Miniony sezon nie był łaskawy dla rolników. - Wiosenne przymrozki zniszczyły blisko 70% upraw. Mimo, że cena była względna, to towaru było niewiele - tłumaczy Poterek. Cena za 1 kg jabłek w hurcie wahała się od 1,20 do 2 zł, a w sprzedaży detalicznej od 2 do 2,50 zł. Oprócz tego we znaki dał się brak wody. - Nie mam instalacji nawadniającej, bo to duży koszt, a z roku na rok jest coraz gorzej - informuje rolnik. - Przez to owoce były nieco mniejsze i gorszej jakości oraz trudniej było je przechować, bo szybko się psuły. Większość towaru sprzedałem w hurcie - dodaje.
Pan Jerzy obawia się, że w tym roku taki scenariusz może się powtórzyć. - Przymrozki w marcu zniszczyły pąki na wiśniach, czereśniach i brzoskwiniach. Meteorolodzy przewidują kolejne, a to nie wróży nic dobrego - zaznacza. - Deszcz nie padał na jesieni, a zimą nie było śniegu, więc znów może być sucho - kończy.
Magdalena Grzelak
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze