Urodzony w 1945 roku Witold Czarnowski z oczywistych względów nie może pamiętać czasów, gdy w Zuzeli, niewielkiej wsi na styku Mazowsza z Podlasiem, położonej nad Bugiem, mieszkała rodzina przyszłego prymasa. Pamięć o kardynale była tam jednak od zawsze: O prymasie mówiło się często w gronie rodzinnym. Mój nieżyjący ojciec mógłby więcej opowiedzieć, dużo pamiętał. Jak choćby to, że nasza sąsiadka, Aniela Pędzich, była nianią księdza kardynała.
Stefan Wyszyński urodził się jako drugie dziecko w wielodzietnej rodzinie Stanisława i Julianny. Jego ojciec był organistą w miejscowej parafii. Rodzice byli bardzo pobożni, oboje mieli nabożeństwo do Matki Bożej. Sam Wyszyński wspominał po latach: "A w domu nad moim łóżkiem wisiały dwa obrazy: Matki Bożej Częstochowskiej i Matki Bożej Ostrobramskiej. I chociaż w onym czasie do modlitwy skłonny nie byłem, zawsze cierpiąc na kolana, zwłaszcza w czasie wieczornego różańca, jaki był zwyczajem naszego domu, to jednak po obudzeniu się długo przyglądałem się tej Czarnej Pani i tej Białej." Obrazy te były pamiątkami z częstych pielgrzymek: ojca na Jasną Górę i matki do Ostrej Bramy. Państwo Wyszyńscy żartobliwie przekomarzali się, która Matka Boża jest skuteczniejsza, co prymas czasem wspominał.
Rodzinna idylla Wyszyńskich nie trwała długo. Kiedy Stefan miał 9 lat, zmarła jego matka. Odeszła w wieku 33 lat, wkrótce po urodzeniu kolejnego dziecka. Zbiegło się to w czasie z przeprowadzką rodziny do pobliskiego Andrzejewa. Dla dzieci było to trudne doświadczenie: "Matka moja umierała prawie miesiąc. My - dzieci - siedząc w szkole, z lękiem nadsłuchiwaliśmy, czy nie biją dzwony kościelne. Dla nas byłby to znak, że matka już nie żyje. Kiedyś po powrocie ze szkoły stanęliśmy wszyscy przy jej łóżku, a matka zwróciła się do mnie słowami: Stefan, ubieraj się. Ponieważ była jesień, koniec października, zrozumiałem, że mam gdzieś iść. Włożyłem palto. Spojrzała na mnie i powiedziała: Ubieraj się, ale nie tak, inaczej się ubieraj. Zwróciłem na Ojca pytające oczy. Odpowiedział mi: Później ci to wyjaśnię". Dla małego Stefana wraz z wyprowadzką z Zuzeli skończyły się najszczęśliwsze dziecięce lata.
Te i inne szczegóły z życia kardynała śledzi bratanek Witolda Czarnowskiego: W Zuzeli została już tylko rodzina mojego brata. Jego syn, Robert, został księdzem. Obecnie studiuje historię Kościoła w Rzymie. Jest bardzo związany z osobą prymasa. Napisał kilka książek o nim i parafii w Zuzeli.
Widok znajomy ten
Neogotycki, czerwonoceglany kościół pod wezwaniem Przemienienia Pańskiego w Zuzeli, mógłby się wydać mieszkańcom Ryk dziwnie znajomy. I słusznie. Powstał bowiem nie tylko w tym samym okresie co kościół Najświętszego Zbawiciela (budowę świątyni w Zuzeli ukończono w 1913 roku, na rok przed ukończeniem budowy ryckiego kościoła), ale też został zaprojektowany przez tego samego warszawskiego architekta, Józefa Piusa Dziekońskiego.
We wznoszeniu jego murów brał udział nawet siedmioletni wówczas przyszły prymas: "Ale co najbardziej zapadło mi w pamięci, to rozpoczęcie budowy tego kościoła. Wtedy budowano inaczej, z wielkim trudem. Stroną gospodarczą i rachunkową budowy zajmował się mój ojciec. Do niego należało załatwianie wielu spraw z murarzami i majstrami. Pamiętam pierwsze wykopy pod fundamenty świątyni. Pamiętam, że niekiedy byliśmy wzywani na pomoc, gdy zabrakło cegły na rusztowaniach. Przychodziły "wici" do szkoły - wtedy chłopcy przybiegali na plac budowy i pod kierunkiem murarzy, dźwigali cegły z dalekich pryzm pod schody, prowadzące na rusztowanie. Wyżej już nie wolno było iść ze względu na bezpieczeństwo. Dźwiganie cegieł było pierwszym moim przyczynkiem do budowy kościoła." Kościół w Zuzeli nie miał tyle szczęścia, co rycki. W czasie wojny w połowie został zniszczony. Odbudowę zakończono dopiero w 1967 roku.
Witold Czarnowski: Prymas bywał w parafii i kościele wielokrotnie, ale na ogół nieoficjalnie, bo czasy temu nie sprzyjały. W latach 60. często odwiedzał ówczesnego proboszcza, ks. Dobka. Obecnie w parafii jest wiele miejsc poświęconych księdzu kardynałowi. W samej świątyni znajduje się jego portret, a na zewnątrz pomnik i pamiątkowa tablica. W drewnianym budynku dawnej szkoły powszechnej, gdzie się uczył i do której również ja uczęszczałem, znajduje się teraz niewielkie Muzeum Lat Dziecięcych Prymasa.
Z Zuzeli do Ryk
Pan Witold ciepło wspomina rodzinną wieś: To cudowne miejsce, pięknie położone nad Bugiem. Wszędzie było blisko: w centrum stoi kościół, naprzeciwko była szkoła, a zaraz za nią remiza strażacka, w której co niedziela odbywały się zabawy taneczne. Zuzelę opuścił, gdy rozpoczął studia z zakresu inżynierii sanitarnej na Politechnice Warszawskiej. Po studiach, w 1969 roku trafił do pracy w garwolińskim Przedsiębiorstwie Budowlanym, a w 1973 roku osiadł w Rykach. Od niespełna czterech dekad pracuje w zakładzie wodociągów w Przedsiębiorstwie Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej. Przez wiele lat był również wicedyrektorem tej instytucji.
Do odwiedzenia krainy dzieciństwa Prymasa Tysiąclecia wszystkich szczerze zachęca: To teren trochę zapomniany, a szkoda. Okolice nadbużańskie są przepiękne. W pobliżu, przy trasie kolejowej Siedlce- Małkinia, w Treblince, miejscu zagłady Żydów, znajduje się muzeum, które też trzeba koniecznie odwiedzić. Spodziewa się, że wkrótce i jego wieś stanie się miejscem pielgrzymek: Na stulecie urodzin prymasa Wyszyńskiego w Zuzeli odbyły się wspaniałe uroczystości. Teraz czekamy na jego beatyfikację. Bo to był człowiek święty. Rozpoczęty w 1989 roku z inicjatywy Jana Pawła II proces beatyfikacyjny prymasa wciąż trwa.
Komentarze