Póki co nie ma sposobu na robiące z góry ptaki w parku przy ul. Warszawskiej w Rykach. Ich "bomby" już niejednemu uprzykrzyły życie
Niedawno nieprzyjemność ta spotkała pana Jana z Kłoczewa. Przechodził przy parku od dworca PKS. Nagle na jego kurtkę spadła ptasia kupa. - Bardzo mnie to zdenerwowało - mówi mężczyzna, który w tej sprawie zadzwonił do redakcji. - Na szczęście miałem kurtkę ortalionową i szybko ją wytarłem.To jest karygodne co tu się dzieje - dodaje.
Władze Ryk wypowiedziały "wojnę" ptasim odchodom. Plan był prosty. Zakupić gwizdki imitujące głos ptaków drapieżnych. Rozwiązanie jest humanitarne i zgodne z przepisami ochrony środowiska. Okazało się jednak nieskuteczne. Ptactwo wciąż "rządzi" w parku.
Co się stało, że kupione za 3,5 tys. zł urządzenie nie zdało egzaminu? W odpowiedzi burmistrza usłyszeliśmy, że zawiódł urzędnik. - Kierownik wydziału, któremu zleciłem zakup, zrealizował go za późno - mówi Jarosław Żaczek. Gawrony zagnieździły się w parku na dobre i zaczęły przygotowania do składania jaj. Odgłosy sokoła emitowane przez urządzenie nie były w stanie ich odstraszyć. - Trochę reagują - mówi Ireneusz Kurek z Wydziału Gospodarki Komunalnej, Nieruchomości i Zagospodarowania Przestrzennego Urzędu Miejskiego w Rykach. Instynkt przetrwania jest jednak silniejszy niż strach przed odgłosami drapieżników. Inna sprawa, że przed uruchomieniem gwizdków i zagnieżdżeniem się ptaków należało pozbyć się z parku gniazd. - Producenci tego urządzenia sugerują, żeby najpierw usunąć gniazda. Wtedy gawrony, słysząc odgłosy drapieżnika, nie będą chciały budować nowego gniazda w takim miejscu - dodaje Kurek.
Urządzenie sprawdziło się m.in. w ryckim Horteksie. W parku przy Warszawskiej sytuacja może się trochę poprawić, gdy ptaki opuszczą gniazda. - W tym momencie drastyczne działania nie mogą być podjęte, bo są przepisy, które to blokują - przyznaje burmistrz Ryk. Trzeba czekać na odpowiedni moment. - Urządzenie działa wszędzie to i u nas zadziała - zapewnia burmistrz.
Komentarze