Adam Kamela miał wówczas za sobą 12 lat służby w straży. Był kierowcą. Na wyposażeniu ryckiej jednostki były wówczas m.in. dwa Jelcze z 1982 i 1991 roku. Kiedy wybuchł pożar na Kuźni do pomocy strażakom ze Śląska ruszyli koledzy z całego kraju. Decyzją ówczesnego komendanta straży Zbigniewa Janiszka, Ryki wysłały dwa wozy. Był to jeden Jelcz i jeden Star. Ciekawostką jest to, że Jelcz mimo wieku nadal jest w służbie. Auto ma już 33 lata. Początkowo plan był taki, aby wysłać do akcji młodsze auto, czyli Jelcza z 1991 roku. Zapadła jednak decyzja, że "młodszy" zostaje na miejscu. Jak się później okazało, było to bardzo dobre postanowienie. Podczas, gdy stary Jelcz walczył ogniem w Kuźni Raciborskiej młodszy, który został w Rykach zepsuł się. - Padła w nim turbosprężarka - wyjaśnia Adam Kamela.
Walka z żywiołem trwała trzy tygodnie. Każda zmiana pełniła służbę przez tydzień. Kamela pojechał jako pierwszy. Razem z nim załogę Jelcza stanowili: Kazimierz Lisowski (dowódca), Janusz Szyszko i Andrzej Jaguś jako ratownicy. Obsadę Stara tworzyli: Robert Bany (dowódca), Andrzej Smaka (kierowca), Emil Brodowski, Dariusz Żmuda i Jarosław Mikusek.
Najtrudniejszym momentem akcji, jak wspomina pan Adam, był tzw. pożar wierzchołkowy, kiedy ogień rozprzestrzenia się na koronach drzew. W tym przypadku iglastych. - Towarzyszył temu niesamowity huk. Jakby samolot przelatywał nad głową - mówi Kamela. Naszym strażakom udało się w ostatniej chwili obronić leśniczówkę. - W nagrodę dostaliśmy od leśniczego skrzynkę zimnego piwa - mówi z uśmiechem pan Adam.
Jak wspomina strażak, największy kłopot był z zaopatrzeniem w wodę. Wozy bojowe musiały jeździć po 15 km w jedną stronę i czerpać ją z kanału gliwickiego. Kamela wspomina, że trzeba było m.in. obronić przed ogniem kombajny i sprzęt rolniczy. Wyprowadzone na pola maszyny zostały otoczone pierścieniem z piany gaśniczej tak, aby żywioł nie mógł się do nich przedostać.
Druhów cały czas wspierała lokalna społeczność. Panie z kół gospodyń piekły ciasta, przygotowywały kompoty, albo gotowały obiady. Wszystko dla ratowników.
Upały i susza
Pożar lasu w nadleśnictwie Rudy Raciborskie był największym pożarem, jaki miał miejsce w Polsce oraz Europie środkowej i zachodniej po II wojnie światowej. Rozpoczął się 26 sierpnia 1992 roku około godz. 13.50 i chwilę później został zauważony przy linii kolejowej łączącej Racibórz z Kędzierzynem-Koźle, w pobliżu miejscowości Solarnia. Pogoda była wyjątkowo sprzyjająca rozprzestrzenianiu się ognia. Temperatury sięgały ponad 32°C. Występował silny wiatr z południa. W Tatrach wiał halny. Wyjątkowo niska była wilgotność ściółki leśnej.
Komentarze