- Od dawna o tym marzyłem. Zaglądałem w atlas. Chciałem doświadczyć życia na tej stacji - mówi pan Wiesław, który ćwierć wieku temu rozpoczął przygodę z podróżami na krańce świata.
Łącząc spełnianie marzeń z obowiązkami służbowymi 3 grudnia 1990 r. wyjechał z Wojskowych Zakładów Inżynieryjnych na południe kuli ziemskiej. Podjął pracę na polskiej stacji polarnej na Antarktydzie. Pracował w grupie technicznej. Jako mechanik obsługiwał amfibie (m.in. PTS, gąsienicowe transportery pływające) montowane w dęblińskich zakładach. - Jako że remontujemy wojskowy sprzęt otrzymałem propozycję wyjazdu - mówi Sienkiewicz.
Cytrusy na Kanarach, wołowina w Argentynie
Polska Stacja Antarktyczna im. Henryka Arctowskiego jest średniej wielkości stacją całoroczną, która działa nieprzerwanie od ponad 30 lat. Oprócz ciężkiego sprzętu niezbędnego przy rozładunku statku oraz przy pracach budowlanych, posiada środki transportu lądowego oraz morskiego. Opiekę logistyczną i merytoryczną nad stacją sprawuje Polska Akademia Nauk. "Arctowski" znajduje się na wyspie Króla Jerzego. Miejsce to jest odległe od Polski w linii prostej o 14 tys. km. - By się dostać statkiem trzeba przepłynąć 17 tys. km. Podróż trwa 1,5 miesiąca w jedną stronę. To było dla mnie duże wyzwanie, ponieważ nigdy nie pływałem. Wcześniej nie widziałem morza ani tym bardziej huraganu - mówi polarnik, który wypłynął na pierwszą wyprawę w wieku 38 lat.
- Płynęliśmy statkiem rosyjskim, który miał przypłynąć ponownie za rok. Był stosunkowo tani - wspomina. Po drodze załoga zatrzymywała się się w dwóch miejscach. - Najpierw na Wyspach Kanaryjskich, gdzie zabieraliśmy trochę cytrusów i wody pitnej. Następny przystanek był w Argentynie, gdzie robiliśmy zapas paliwa i żywności, przeważnie wołowiny - mówi Sienkiewicz. Statek poza pracownikami stacji polarnej, którzy spędzają na miejscu rok, zabierał na pokład m.in. zapasy jedzenia, paliwa i środków czystości. Po kilku tygodniach podróży dowoził Polaków na miejsce. Odbierał grupę letnią. Nie wracał na stałe do portu, tylko przez pół roku woził wycieczki.- Turyści schodzili na ląd popatrzeć na pingwiny, gościli u nas, a w zamian zostawiali nam warzywa i owoce - mówi pan Wiesław. Odzież i żywność polarnicy dostawali od Polskiej Akademii Nauk.
Prawie jak w domu
Na stacji pracują technicy i naukowcy. Wśród nich geolodzy, botanicy, ornitolodzy i nurkowie, którzy wykonują badania w różnych rejonach. Latem przebywa tu około 20 osób. Zimą 6 - 7. Jest zimno, wietrznie i dużo śniegu. - Na co dzień wiatr wieje z prędkością od 80 do 110 km/h. W porywach osiąga do 250 km/h. Wtedy przerywamy pracę. Tylko przy agregatach nie ma przerw w dyżurach - mówi pan Wiesław. Na miejscu polarnicy korzystają z urządzeń elektrycznych. Mają elektryczne ogrzewanie, pralkę, zmywarkę, kuchnię gazową. - Gotujemy, mamy dyżury w sprzątaniu. W czasie wolnym organizujemy wycieczki. Wieczorami imprezujemy, długo rozmawiamy. Człowiek potrzebuje kontaktu z grupą - mówi Sienkiewicz. Na miejscu jest stół do ping-ponga, mini siłownia. W budynku stacji każdy ma mały pokój. W nim tapczan, biurko, szafki na odzież. Pan Wiesław ozdobił swój obrazkami i pamiątkami, które przypominają mu o Polsce. - Można mieć komputer. Ja miałem dodatkowo organki (keyboard). Lubiłem sobie pograć biesiadne utwory. W każdym pokoju był telefon stacjonarny, z którego można było dzwonić do rodzin, znajomych. To duże udogodnienie. Kiedyś miesiącami się nie rozmawiało. Nie było komputerów. Pisaliśmy listy. List szedł pół roku. Takie były czasy. Mieliśmy czarno-białe filmyodtwarzane w specjalnej ciemni - wspomina.
"Pastor grzeszników wyspowiada"
Na Polskiej Stacji Polarnej Hornsund im. Stanisława Siedleckiego na Spitsbergenie pan Wiesław spędził rok i trzy razy jeździł na wyprawy 3-miesięczne. To największa wyspa Norwegii, położona w archipelagu Svalbard na Morzu Arktycznym. Tam Sienkiewicz również pracował jako technik. Naprawiał amfibie. Wspomina, że zimy są tam długie i mroźne, lata zaś krótkie i chłodne. Wiosna i jesień praktycznie nie istnieją. Ze względu na położenie geograficzne występuje tu zjawisko nocy polarnej. Przez 3,5 miesiąca jest ciemno. - Od września ubywa dnia po godzinie na dobę. W 10-20 dni zrobiło się ciemno. W połowie listopada słońce "schodzi" poniżej horyzontu. Pojawia się dopiero w połowie lutego. Nie jest całkiem ciemno. Widać poświatę, a na zorze polarne można patrzeć bez końca - mówi polarnik. W maju wszystko zaczyna topnieć i przybywa dnia. Przez 3 miesiące słońce nie zachodzi. - Rośliny rosną szybko, kwitną kwiaty a nawet rosną jadalne grzyby. Jest wiele gatunków zwierząt, w tym najwięcej fok, morsów. Są niedźwiedzie i lisy polarne. Od niedawna można spotkać renifery - opowiada dęblinianin.
Na Spitsbergenie polarnikom cały czas towarzyszą wierni, czworonożni przyjaciele. Psy są stróżami i odpędzają drapieżniki. Sienkiewicz wspomina, że psy czasem padają ofiarami niedźwiedzi, które wiedzą, jak się z nimi uporać. Drapieżnik zagania psa w zaspy, skąd nie wyskoczy. Niedźwiedź przejdzie, bo ma szerokie łapy. Pies zaś pada jego łupem. - Na kilometr przed niedźwiedziem miękną człowiekowi nogi - opowiada nasz bohater.
Wspomina, że na stacji polarnej na Spitsbergenie hucznie obchodzi się Boże Narodzenie. - Święta są rodzinne, z mocną tradycją. Jest około 20-25 osób. Wszyscy składają sobie życzenia, nawet przebywający w tym czasie na stacji obcokrajowcy przejęli naszą tradycję. Na święta przyjeżdża też norweski pastor i co niektórych grzeszników wyspowiada - żartuje pan Wiesław.
Podczas ostatniej podróży na Spitsbergen w 2013 roku Sienkiewicz miał wypadek. Doznał uszkodzenia barku. Do dziś nie może wyleczyć kontuzji, co wyklucza go z wypraw. Dzięki swojej pracy ma porównanie życia na północy i południu kuli ziemskiej. - Z większym sentymentem wspominam Antarktydę, bo po raz pierwszy wyjechałem właśnie tam. Mam nadzieję, że los przygotuje mi jeszcze wyprawę, żebym mógł odwiedzić moją ukochaną stację - kończy.
Pamiętnik dla wnuczki
Podczas wypraw Wiesław Sienkiewicz prowadził pamiętnik. Ostatni wpis pochodzi z 2013 roku. Specjalnie na 18. urodziny wnuczki przepisał go i podarował w prezencie. - Oryginał zostawiłem dla siebie. Miesiąc przepisywałem pamiętnik, starannie, jednym wkładem. Zawiera około 50-70 stron, podkreślane daty i opisane ważniejsze wydarzenia na stacjach, święta, poważniejsze prace, przyjemne i trudne chwile - wyznaje pan Sienkiewicz. Zdarza się, że czasami wieczorami wyjmuje pamiętnik i czyta o latach spędzonych z daleka od ojczystego kraju.
Komentarze