Ofiarą pożaru, który wybuchł 11 lutego w Bobrownikach, okazał się Jan P. 55-letek mieszkał samotnie w jednym z drewnianych domów przy ul. Chłodnej. Jak mówią mieszkańcy, nie miał prądu. Tego dnia pan Jan miał jechać do Puław, żeby złożyć wniosek o przyłączenie do sieci energetycznej. - Mieliśmy załatwić formalności związane z podłączeniem u niego prądu i kilka innych spraw - mówi Ryszard Marzysz, znajomy zmarłego.
Mimo, że kolega umówił się z panem Ryszardem, to według świadków od samego rana był widziany pod sklepem. - Nie ma co ukrywać, nie stronił od alkoholu - mówi nam jeden z mieszkańców.
Nie było szans
Po godzinie 12. Ryszard Marzysz udał się do 65-latka, aby zabrać go do Puław. Kiedy zbliżał się do jego posesji zauważył płomienie i chmury dymu. - Dymiło się z każdej szczeliny jego domu - opowiada. Postanowił wejść do środka, aby ratować kolegę. - Otworzyłem drzwi wejściowe, potem drzwi do izby - relacjonuje. - Wtedy buchnęły kłęby dymu, aż się zachłysnąłem - mówi drżącym głosem. Nie było szans na dostanie się do środka.
Musiał się wycofać. Na zewnątrz zauważył znajomego strażaka. - Krzyknąłem do niego, żeby biegł do remizy i podniósł alarm, a sam zadzwoniłem na pogotowie i policję - wspomina.
Służby pojawiły się szybko. Strażacy wyposażeni w aparaty tlenowe znaleźli ciało Jana P. w przedsionku. - Podjęli reanimację. Niestety było już za późno - mówi kpt. Jarosław Lasek, rzecznik KP PSP w Rykach.
Zwłoki ułożono przed domem i przykryto czarnym workiem do momentu przyjazdu prokuratora. Spod folii jeszcze przez dłuższy czas wydobywał się dym. Świadkowie, którzy byli na miejscu zdarzenia mówią, że ciało było opalone od pasa w dół.
Już się palił
Z pierwszych ustaleń straży pożarnej wynika, że pożar wybuchł w kuchni. Wstępnie przyjęto, że przyczyną było zaprószenie ognia. Trwa wyjaśnianie okoliczności. W działaniach brały udział trzy jednostki Państwowej Straży Pożarnej w Rykach oraz zastępy OSP z Bobrownik i Ryk.
Podczas rozmowy z "Twoim Głosem" mieszkańcy Bobrownik przyznają, że u 55-latka paliło się już trzy lata temu. Wtedy udało mu się ujść z życiem. Tym razem nie miał tyle szczęścia. O szczęściu może mówić natomiast właściciel nieruchomości przylegającej do działki ofiary. Oba domy stoją w odległości jednego metra. W tym drugim nikt nie mieszka.
Komentarze