Reklama

Powietrze przeszył straszny ryk samolotu

Pikująca w dół z zawrotną prędkością maszyna zaczęła rozpadać się w powietrzu. Mimo starań pilotom nie udało się wyprowadzić jej do lotu poziomego. 24 stycznia minęło 25 lat od katastrofy samolotu I-22 „Iryda”

Nowy odrzutowiec opracowany w Państwowych Zakładach Lotniczych PZL Mielec miał być chlubą polskiej myśli konstrukcyjnej końca XX w. Lotu na nim już zaczęli uczyć się młodzi adepci pilotażu. Ale mimo zalet samolotu (m.in. jego dobrej sterowności), niestety nie raz dochodziło do tragedii. Jedna z nich rozegrała się w gminie Nowodwór, w okolicy Niedźwiedzia. Śmierć w wyniku tamtego zdarzenia ponieśli dwaj młodzi piloci.
W charakterze zmiennika
Pechowy lot z końca stycznia 1996 r. był zaplanowany jako typowo szkoleniowy. Dobiegał wówczas końca kurs praktyczny pilotów Lotnictwa Marynarki Wojennej. Szkolenie odbywało się w dwuosobowych zespołach składających się z pilota instruktora z dęblińskiej „Szkoły Orląt” oraz pilota ucznia z Lotnictwa Marynarki. W takim też składzie wystartowała „Iryda” o numerze fabrycznym AN002-03. Za jej sterami zasiadł uczeń pilot kpt Jan Mieszkowski oraz instruktor mjr Tomasz Chudzik. Co ciekawe ten ostatni wystąpił w charakterze zmiennika. Pierwotnie bowiem z Mieszkowskim miał polecieć inny, nieznany z nazwiska instruktor.
Stacjonujący na dęblińskim lotnisku samolot, na którym dotąd szkolił się uczeń pilot był gotowy do lotu. Miejsce w pierwszej kabinie zajął uczeń, natomiast w drugiej usadowił się pilot instruktor. Silniki zostały uruchomione i maszyna znad pasa wzbiła się w powietrze. Zgodnie z ustaleniami, najpierw nauczyciel miał pokazać kursantowi sposoby sterowania przy wykonywaniu figur tzw. wyższego pilotażu, a potem powierzyć to zadanie do powtórzenia uczniowi.
Statecznik zmienił ustawienie
Lot samolotu przebiegał prawidło do pewnego momentu. O tym, co zdarzyło się ponad terenem gminy Nowodwór i w konsekwencji doprowadziło do katastrofy mówi raport Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych. Ustalenia ekspertów oraz opracowanie książkowe pod redakcją Józefa Zielińskiego upatrują źródeł tragedii w ostatniej fazie lotu szkoleniowego. Na wysokości 3400 m załoga wprowadziła samolot do lotu odwróconego. Prędkość maszyny sięgała wtedy 480 km/godz., zaś czas w którym trwał przelot w takiej pozycji, został wyliczony na 15 s. W tym właśnie momencie według książkowego opisu w maszynie zaczęły dziać się niepokojące rzeczy,
których przyczynę trudno jest do końca wyjaśnić. „Nastąpiła liniowa zmiana kąta ustawienia statecznika poziomego od wartości +3,7º do wartości -0,4º, odpowiadającej maksymalnemu wychyleniu i wyważeniu całkowicie do siebie, co spowodowało odciążenie drążka sterowego”, czytamy w opracowaniu „Polskie lotnictwo wojskowe 1945-2010” pod red. Zielińskiego.
Załoga nie miała żadnych szans
Skutek był natychmiastowy. Wyniku skrajnego ustawienia statecznika, samolot przeszedł na zniżanie ze stale zwiększającą się prędkością. Załoga próbowała się ratować. Piloci przestawili dźwignię sterowania silników, by zmniejszyć obroty. Próbowali też zmniejszyć pochylenie samolotu przez ściągnięcie drążka. Niestety obie czynności zawiodły. Według raportu udało się tylko odwrócić samolot do lotu normalnego, ale to w niczym nie powstrzymało dalszych dramatycznych zdarzeń, które miały dopiero nastąpić. „Iryda” dalej zbliżała się do ziemi przy jednoczesnym zwiększaniu swej prędkości. „Samolot rozpędził się do 840 km/godz., zniżając się i
przekraczając maksymalną dopuszczalną prędkość oraz przeciążenie ujemne” potwierdza w swoim dziele Zieliński. W tak trudnych, obezwładniających załogę, ekstremalnych warunkach rozpoczął się proces niszczenia konstrukcji samolotu. Maszyna rozpadała się w powietrzu, by po chwili z dużą prędkością uderzyć w ziemię grzebiąc obu pilotów.
„Usłyszałem jak coś łupnęło”
Ostatnie chwile lotu „Irydy” nie umknęły uwadze mieszkańcom wsi Niedźwiedź. Do dziś zachowały się emocjonalne wspomnienia jednego z mężczyzn. „Była wtedy zima. W rosnącym niedaleko od domu lasku olchowym wyciąłem kilka drzew na łaty i sztachety do remontu ogrodzenia i przewoziłem je do domu. Nagle usłyszałem straszny ryk samolotu. Popatrzyłem na niebo. Niewiele było widać, bo przez mgłę słońce ledwie się przebijało. Zauważyłem, że szybko leci samolot i ciągnie za sobą flagę z jakąś paczką. W tym samym czasie flaga ta odpadła i spadła na ziemię. Potem samolot schował mi się za lasek i usłyszałem jak coś łupnęło. Wybiegłem i
zobaczyłem wydobywającą się z oddali kupę czarnego dymu. Wskoczyłem na wóz i dałem batem po koniu. Na podwórku wsiadłem na rower. Pojechałem w stronę, gdzie widziałem ten dym. Gdy dojechałem w te okolice, straż już gasiła ogień, a policja nie pozwalała bliżej podejść. Wtedy dym był już niewielki” relacjonował mieszkaniec Niedźwiedzia.
„Flaga” i tajemniczy „pakunek”
Ciekawym wątkiem we wspomnieniach świadka może być „flaga” i tajemniczy „pakunek”, które oderwały się od samolotu i spadły na ziemię. Według niektórych badaczy katastrofy, tą „flagą” mogła być czasza spadochronu ratunkowego, a owym „pakunkiem” ciało instruktora. Skąd takie przypuszczenie? Są osoby, które zastanawiając się nad przyczynami upadku „Irydy” doszły do wniosku, że instruktor mógł mieć źle zapięte pasy. Taki stan rzeczy miał rzekomo doprowadzić do tego, że podczas przeciążenia mjr Chudzik wysunął się z fotela i wybił głową szybę kokpitu.Później od kolejnego przeciążenia miał wysunąć się fotel i rozpocząć proces katapultowania. Z samolotu ponoć wysunął się spadochron, ale otworzył się tylko częściowo, ponieważ czasza zaplątała się w wystające elementy uszkodzonego usterzenia. Po pewnym czasie czasza wyciągnęła ciało pilota, które przytroczone do miski fotelowej znalazło się za samolotem. Czy tak było w rzeczywistości? Pozostają tylko słowa świadka. Zieliński w swojej książce o tym nie wspomina.
Mogiłę pokryły stosy kwiatów
Ciała pilotów z miejsca katastrofy zostały przetransportowane śmigłowcem do Dęblina. Po trzech dniach w Puławach nastąpił pogrzeb mjr Tomasza Chudzika. Żegnały go tłumy mieszkańców Baranowa, Puław, okolicznych wsi oraz Dęblina. Było też wielu wysokiej rangi wojskowych i polityków. Po mszy trumna została załadowana na wojskową lawetę, przy której stało czterech uzbrojonych żołnierzy. Na czele szedł żołnierz z portretem majora. Za nim ruszyli mieszkańcy oraz kolejni żołnierze, a orkiestra grała marsze żałobne. Gdy kondukt zbliżył się do cmentarza na ul. Piaskowej, górą przeleciały w szyku „Iskry” z Dęblina i MiGi-21. Maszyny pojawiły się na niebie ponownie, gdy trumna mjr Chudzika znajdowała się przy grobie. Po chwili nad cmentarzem pojawił się jeszcze śmigłowiec, z którego posypały się kwiaty. Gdy zaś ciało pilota było opuszczane do grobu rozległa się salwa honorowa w ilości 10 wystrzałów. Na koniec mogiłę pokrył stos kwiatów i wieńców oraz morze zniczy. Ta sama sytuacja powtórzyła się dwa dni później w czasie pogrzebu kpt. Mieszkowskiego, który spoczął na cmentarzu w Gołębiu.

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo TwojGlos




Reklama
Najnowsze wiadomości