Reklama

Tragiczna misja dziesiątkowała pułk

Z silnego lotniczego zgrupowania pozostała tylko jedna maszyna, ale i ta runęła na jeden z pasów ułęskiego lotniska. Całkowitą klęską zakończył się jeden z radzieckich szturmów skierowanych na linię Wisły w rejonie Dęblina

Druga wojna światowa powoli chyliła się ku końcowi. Sowieckie siły zbrojne systematycznie zajmowały kolejne tereny, na których dotąd panoszyli się Niemcy. Już pod koniec 1944 r. na wschodnich rubieżach dzisiejszego terytorium Polski stacjonowały wojska radzieckie. A wraz z nimi również lotnictwo. Samoloty były rozlokowane na lotniskach polowych. Jedno z takich miejsc w Maryninie koło Radzynia Podlaskiego zajął 566. pułk lotnictwa szturmowego. Jak się wkrótce okazało jego losy związały się z dzisiejszym powiatem ryckim.


Nad Wisłą rozpętało się piekło
Ale na początku należy wrócić do Marynina. Był śnieżny, zimowy, sylwestrowy poranek 1944 r., gdy sowieckie maszyny przygotowywały się do lotu stojąc na płycie lotniska. Zgrupowaniem liczącym 12 samolotów typu Iliuszyn Ił-2 M3 miał dowodzić kpt Iwan Pokryszkin. Zaś dowództwo nad strzelcami objął sierż. Mohamet Giwaryszkiwili. Piloci otrzymali zadanie polegające na atakowaniu celów naziemnych za Wisłą na wysokości Dęblina. W tym celu ich samoloty zostały uzbrojone w 6 niekierowanych rakiet kal. 132 mm oraz w bomby burzące o wadze 100 kg. Akcja miała się rozpocząć lada moment, lecz z niewiadomych przyczyn dowództwo nagle odwołało lot przekładając go na następny dzień.
Sylwestrową noc samoloty przeczekały nakryte plandekami. Za to, gdy nastał ranek 1 stycznia 1945 r. piloci już z samego rana zostali w trybie natychmiastowym obudzeni. W błyskawicznym tempie przygotowali się do lotu. Po godzinie 9.20 tuzin radzieckich iłów był już w powietrzu. Samoloty obrały kurs w kierunku Dęblina. Ich lot przebiegał spokojnie, ale z chwilą przekroczenia koryta rzeki Wisły rozpętało się piekło.

Reklama


Ocalał tylko ił Pokryszkina
Dwanaście maszyn nie umknęło uwadze niemieckiej obronie przeciwlotniczej. Niemal natychmiast Sowietów przywitał zmasowany ogień z wszelkich dział rozmieszczonych przy Wiśle. Już w wyniku pierwszych wystrzałów zostały celnie trafione dwie maszyny, które runęły w ziemię grzebiąc ich załogi. Pozostałe 10 samolotów leciało dalej. Tuż nad celem w rejonie Kozienic na iły czekała jednak kolejna nieprzyjemna niespodzianka. Na niebie pojawiły się bowiem 4 niemieckie
myśliwce typu Messerschmit Me-109 K i Focke Wolf FW-190 A8 należące do pułków myśliwskich JG 52 i JG 54. Wrogie maszyny przypuściły szturm, lecz radzieccy strzelcy pokładowi skutecznie temperowały zapały Niemców.
Taki stan rzeczy nie potrwał jednak długo. Po nawrocie piloci Luftwaffe rozdzielili się, co poskutkowało strąceniem dwóch kolejnych rosyjskich maszyn. Piloci 8 sprawnych jeszcze iłów ostatecznie dokonali niecelnego zrzucenia bomb i skierowali się w drogę powrotną. Lecz Niemcy ani myśleli dać za wygraną. Do akcji wkroczyły 4 kolejne Focke Wolfy FW-190 z pułku JG 52. Zmasowany atak myśliwców spowodował, że samoloty spadały jeden po drugim. Ocalał tylko ił kpt Pokryszkina, który mocno dymiąc utrzymywał się jakimś cudem w powietrzu.


Nikogo nie dało się uratować
Pilot ze wszystkich sił chciał dolecieć na najbliższe lotnisko, jakie będzie miał po drodze. Traf chciał, że na horyzoncie pojawiło się zniszczone lotnisko w Ułężu. Pokryszkin podszedł więc do lądowania. Ale na wysokości 100 metrów nad ziemią od jego samolotu nagle odpadł fragment skrzydła. Częściowa defragmentacja tak ważnego elementu nośnego samolotu spowodowała, że stał się niesterowny. Koniec końców ił tak, jak poprzednie zwalił się na ziemię grzebiąc załogę.
Tamte tragiczne chwile dobrze zapamiętał przebywający wtedy na lotnisku 19-letni wówczas pan Zygmunt (mieszkaniec okolicy). „Od zachodniej strony usłyszałem warkot silnika, ale jakoś tak dziwnie warczało. Mimo ze strasznie wiało i było piekielnie zimno, po jakichś może 10 minutach zobaczyłem na horyzoncie samolot ciągnący za sobą czarny dym. Zaczął się zniżać, a gdy był już nad lotniskiem usłyszałem potężne „łup”. Zauważyłem, że z samolotu coś odpadło, a sam samolot
zwalił się na ziemię. Poleciałem z kolegą ratować pilotów ale nie dało się podejść, bo pożar był okropny. Rzucaliśmy tylko śnieg, ale to nic nie dało. W końcu uciekliśmy, bo amunicja zaczęła strzelać”, wspominał po latach mężczyzna.
24 ludzi poniosło śmierć
Wystrzały amunicji trwały nawet 3 godziny. Według świadka tamtych wydarzeń, po podejściu bliżej, wrak śmierdział spalonym mięsem. A w środku, w kabinie dało się zauważyć spalone ciała pilotów. Na miejscu tragedii wkrótce pojawiło się rosyjskie wojsko. Żołnierze powyciągali zwęglone zwłoki i wywieźli je. Zniszczony samolot także został zabrany z pasa i wywieziony w nieznanym kierunku. Ponoć w miejscu upadku iła jeszcze kilka lat po wojnie nic nie chciało rosnąć.
Katastrofa liczącego 12 samolotów zgrupowania była najtragiczniejszym wydarzeniem w historii 566. pułku szturmowego. Formacja straciła nie tylko maszyny, ale i dowódcę jednostki. Po takiej klęsce jednostka nie była zdolna do jakiejkolwiek akcji bojowej. Dowództwo postanowiło ukarać winnych. Kilku oficerów sztabowych postawiono nawet przed sadem, lecz główny winowajca wydania rozkazu pozostał bezkarny. Wysłał 24 ludzi z samobójczą misja, za którą zapłacili życiem.

Reklama

opr. Tomasz Kępka

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo TwojGlos




Reklama
Najnowsze wiadomości