Reklama

10 tysięcy godzin w powietrzu

To tytuł książki Romana Marcinkiewicza z Dęblina. W swojej publikacji dzieli się z czytelnikami wiedzą, doświadczeniem i smutnymi wspomnieniami z okresu II wojny światowej

Pułkownik jest równolatkiem dęblińskiej Szkoły Orląt. W tym roku kończy 94 lata. - Pisałem pamiętnik i znajoma zaproponowała, żeby skleić to w całość i stworzyć książkę - tłumaczy. - Będzie mnie to kosztować kilka tysięcy złotych, ale chcę podzielić się swoją historią - dodaje. 10 tys. godzin w powietrzu, to około 2,5 mln km przebytej odległości. Udało się to osiągnąć nielicznym w ludowym Lotnictwie Polskim. Jubileusz pan Roman świętował w... powietrzu. W uroczystym locie brali udział pasażerowie na czele z polskim kosmonautą płk. pil. Mirosławem Hermaszewskim. 

Amputacja bez narkozy

Przygodę z wojskiem Marcinkiewicz rozpoczął w 29 sierpnia 1944 roku. - Zostałem ostrzyżony na "zero" i zakwaterowany w koszarach byłego szwadronu pionierów. Były przepełnione, a w pomieszczeniach stajennych stały piętrowe prycze zbiorowe - opowiada. - Spaliśmy na gołych deskach, jeden przy drugim. Nie zdejmując obuwia, ani ubrania - dodaje. Tłumaczy, że na górze panował zaduch, a na dół spadał kurz. Pan Roman mieszkał niedaleko i na początku uciekał na noc przez uchyloną sztachetę. - W koszarach był podział na Polaków i Ukraińców. Żołnierze byli szkoleni m.in. z marszu, czy śpiewu. To wystarczyło, żeby stali się mięsem armatnim na froncie - wspomina. Marcinkiewicz pracował też w szpitalu wojskowym i wiele widział. - Sale operacyjne były w autobusach, a zabiegi nie zawsze odbywały się pod narkozą. Byłem świadkiem amputowania w ten sposób zmiażdżonej kończyny - wyjaśnia. Innym razem usuwano ząb. - Lekarz kazał przyjść rekrutowi z trzema kolegami, którzy go trzymali. Wziął kleszcze i na "żywca" przystąpił do usunięcia korzenia przedniego zęba, a koledzy trzymali delikwenta - mówi.

Reklama

Zbrodnia w Katyniu 

Pan Roman wspomina, że w tym czasie na jaw wyszła zbrodnia w Katyniu. - W 44. wiedzieliśmy, że w tych lasach Niemcy odkryli masowe groby polskich oficerów - opowiada. - Listę zamordowanych opublikowano w Gazecie Lwowskiej, wraz z fotografiami osobistych pamiątek, listów, skrawkami mundurów - dodaje. Mówi, że w kinach każdy seans kończył się słowami "Pamiętaj o zbrodni w lasku pod Katyniem", a nie jak do roku 1943: "Niemcy walczą i zwyciężają dla Europy". W lipcu 1944 roku Armia Czerwona zajęła rodzinne miasto pana Romana, Stanisławów. - Zobaczyłem potęgę tej armii i nowoczesne samoloty myśliwskie, transportowe, czy czołgi. Podstawowym wyżywieniem armii były amerykańskie konserwy i kasza - opowiada. Dodaje, że organizowano spotkania propagandowe. - Dowiedzieliśmy się o tzw. linii Curzona. To znaczyło, że Polska zamiast Kresów Wschodnich otrzyma ziemie zachodnie i granice przyszłej Polski będą się mieściły w dawnych granicach narodu piastowskiego - tłumaczy.

Ciała dwóch Niemców

7 listopada kompania, w której służył pułkownik, wyruszyła transportem do Rzeszowa i tam weszła w skład II Arami Wojska Polskiego. Inne grupy Polaków maszerowały do Lwowa. - Na zawsze opuściliśmy rodzinne miasto śpiewając "Rotę". Ojciec miał łzy w oczach, gdy mnie żegnał, jakby przypuszczał, że już mnie nie zobaczy - wspomina. - Jechaliśmy dwa dni w wagonach towarowych bez wygód. Były deski wyścielone słomą - dodaje. Na miejscu żołnierzy dzielono ze względu na wykształcenie. - Ci, którzy ukończyli gimnazjum, lub szkołę zawodową mieli możliwość wstąpić do szkół oficerskich. Znalazłem się w tej grupie - wyjaśnia.

Reklama

Potem pułkownik trafił na Majdanek w Lublinie, na teren byłego obozu koncentracyjnego. - Już pierwszej nocy oblazły mnie wszy i nie mogłem spać - wyjaśnia. - Podczas pierwszej warty mój przełożony poinformował, że mam stać na baczności, bo na końcu toru przeszkód wiszą ciała dwóch Niemców, a ich koledzy przyjdą w nocy je wykraść. Chciał mnie nastraszyć, bo w rzeczywistości, to były kukły - wspomina.

Marcinkiewicz poszedł też do szkoły lotniczej. Podczas rekrutacji rozwiązał równanie ułamkowe o jednej niewiadomej.  Potem adepci udali się do Zamościa. 17 stycznia 1945 roku, w dzień wyzwolenia Warszawy, żołnierze złożyli przysięgę wojskową i stali się pełnoprawnymi wojakami WP.

Reklama

Warszawa w gruzach

Lotnicy przebazowali się do Warszawy. Wszystkie samoloty przewożono z Zamościa. - Musieliśmy przejść przez całe miasto na pieszo, bo most Poniatowskiego i Kierbedzia były zniszczone - tłumaczy. - Ogarnęło nas przygnębienie, bo stolica była zniszczona. Zamek Królewski w gruzach, katedra św. Jana zniszczona, a stare miasto w ruinie. Ulice pokryte gruzem. To przypominało wymarłe miasto - opowiada.

Pierwszy samodzielny lot

Była pełnia upalnego lata. 26 lipca 1947 rok. - Samolot Li - 2 N15 wystartował z Dęblina na Okęcie po odbiór spadochronów. Leciałem wtedy jako kandydat na technika pokładowego - opowiada Marcinkiewicz. - Po powrocie miały się odbyć loty na rzut spadochroniarzy. Dostałem znak, że jestem w pełni wyszkolony i mogę polecieć - dodaje. Ekipa wystartowała z 26 spadochroniarzami. - Po schowaniu podwozia samolot leniwie wykonywał wznoszenie z powodu spiekoty, rzadkiego powietrza i obciążenia - wspomina pan Roman. Dodaje, że gdy maszyna uniosła się na wysokość ok. 50 m załoga poczuła szarpnięcie w prawą stronę. - Kpt. Kremień, któremu ze strachu drżały ręce krzyknął po rosyjsku: "prawy silnik nie ciągnie rób coś" - wyjaśnia. - Nie wiedziałem co robić. Na tablicy przyrządów działanie silnika było w normie. Na rozkaz kapitana wypuściłem podwozie. Samolot tracił wysokość i zaczął przyziemiać się przed granicą lotniska, a na przeszkodzie stanął garb ziemi - mówi emerytowany pilot. Dodaje, że prawe skrzydło zaczepiło o ziemię i samolot obrócił się w prawo o ok. 270 stopni. - Gdy wyszedłem z kabiny ogarnął mnie strach. Samolot stał ukośnie, na szczęście lewe podwozie ocalało, a tylne odpadło - mówi.  Na szczęście nie było rannych.

Reklama

Rodzinny lot

Dwóch synów pana Romana - Krzysztof i Grzegorz zostali pilotami. Pierwszy samodzielny lot na samolocie transportowym. To duże przeżycie. Na miejscu pierwszego pilota siedzi sierżant Grzegorz Marcinkiewicz, obok jego starszy brat chorąży pilot Krzysztof Marcinkiewicz. Technikiem pokładowym jest mjr Roman Marcinkiewicz. Lot był małym świętem w eskadrze. Wszyscy z zainteresowaniem patrzyli na tabelę lotów, gdzie widniało to samo nazwisko i trzy różne imiona. - Lot w jednej załodze z synami był wielką dumą i nagrodą za codzienny trud na lotnisku - przyznaje pan Roman. Ojciec zaszczepił też synom zainteresowania sportowe. Krzysztof był jednym z najlepszym zawodników w podnoszeniu ciężarów, a Grzegorz zainteresował się lekkoatletyką. - Każdy z nas lubi też jeździć rowerem, co pozwala na zachowanie kondycji fizycznej - mówi. - Dawniej często jeździliśmy do Nałęczowa, czy Kazimierza Dolnego nad Wisłę - kończy.

 

Pułkownik Roman Marcinkiewicz

Reklama

urodził się 26 marca 1925 roku w Chomiakówce na Kresach Wschodnich. Z lotnictwem wojskowym był związany przez 42 lata. Służbę wojskową rozpoczął w czasie wojny. Jesienią 1944 roku został zmobilizowany do 2 Armii Wojska Polskiego, stacjonującej w Rzeszowie. Tam po zdaniu egzaminu wstępnego otrzymał przydział do Zjednoczonej Szkoły Lotniczej Wojska Polskiego. W 1945 roku rozpoczął szkolenie na mechanika lotniczego myśliwca JAK - 1 i bombowca P-2. Po ukończeniu nauki otrzymał stopień sierżanta i został skierowany, jako mechanik do Szkoły Lotniczej w Dęblinie. Pełnił funkcje na różnych stanowiskach technika lotniczego. W ramach wyróżnienia trafił do Rządowej Eskadry Transportowej stacjonującej na Okęciu w celu przeszkolenia na samolot DC- 3. W Dęblinie na tym samolocie był wieloletnim mechanikiem pokładowym. w 1948 roku w Technicznej Szkole Lotniczej w Boernerowie k. Warszawy ukończył kurs oficerski. Roman Marcinkiewicz otrzymał Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, srebrny i brązowy Krzyż Zasługi oraz medale za zwycięstwo i wolność oraz za udział w walkach o Berlin. Pułkownik pracował w Armii Radzieckiej, a następnie w Ludowym Wojsku Polskim. Od 1947 roku latał na samolocie pokładowym LI - 2, na którym wylatał 6 tys. godzin. Wchodził w skład załogi biorącej udział przy kręceniu filmów "Czterej pancerni i pies", "Na krawędzi" i w serialu "V-2".

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo TwojGlos




Reklama
Najnowsze wiadomości