Młodzi chłopcy, w większości umundurowani i uzbrojeni, o oczach błyszczących napięciem i służbistością robili najlepsze wrażenie. Tak był charakteryzowany oddział „Zagończyka” przez tych, którzy mieli z nim styczność
Wraz z przechylaniem się szali toczącej się drugiej wojny światowej na korzyść koalicji alianckiej, na terenie obwodu Puławy sukcesywnie rosła nowa siła zbrojna. Chodzi o lotny oddział „Pilot” wchodzący w skład 15. Pułku Piechoty „Wilków”, którego dowódcą był ppor. rez. kaw. Franciszek Jerzy Jaskólski „Zagon”, „Zagończyk”. Utworzony w 1943 r. oddział, na początku kolejnego roku liczył 35 partyzantów, by w następnych miesiącach stale się rozrastać do nawet 170 żołnierzy. Taką liczbą w lipcu 1944 r. formacja uderzyła na zespół majątków SS w Kluczkowicach (gm. Opole Lubelskie) i do obrony Końskowoli.
Od początku powstania oddział „Pilot” był złożony z doświadczonych partyzantów Kedywu w większości pochodzących z osad i wsi: Dęblin-Irena, Stężyca i Bobrowniki. Wygląd żołnierzy dobrze zapamiętał ówczesny dziedzic Zagórek Józef Bisping, który w swoim pamiętniku zawarł szczegółowy opis. „Partyzancki Oddział OL „Pilot” wyróżniał się już wyglądem. Młodzi chłopcy po 18-20 lat, w większości umundurowani i uzbrojeni, oczy błyszczące napięciem i służbistością, robili najlepsze wrażenie. Takim oddziałem w moich stronach, z którym wtedy i później stykałem się wielokrotnie, był oddział „Zagończyka”. Rodem z Krotoszyna w Poznańskiem, nauczyciel szkoły powszechnej i instruktor harcerski, człowiek ten potrafił przelać w podwładnych wszystkie cechy, którymi rządziło się harcerstwo polskie. Trafił przy tym na podatny grunt, gdy chodzi o żołnierzy, ośrodkiem z którego pochodzili był Dęblin, przesycony tradycjami wojskowymi, siedziba przed wojną 15-go pułku piechoty i Szkoły Podchorążych Lotnictwa. Tym chłopcom nie trzeba było długo tłumaczyć czym jest honor i fason służby, oni wprost palili się do akcji, błagali dowódcę o wysłanie ich na patrol, na zdobycie broni czy na zorganizowanie zasadzki na pociąg z Niemcami”, pisał w swoim pamiętniku dziedzic.
Właśnie pozyskiwanie broni z rąk okupantów było jednym z głównych form działalności oddziału. Te eskapady opisał Bisping. „Pamiętam opowiadanie jednego z żołnierzy „Zagona” (…) o zdobyciu cennej broni na Niemcach na lotnisku dęblińskim. Ich samoloty wyposażone były w typ karabinu maszynowego o wielkiej szybkości i sile ognia. Zamiast taśmy amunicyjnej model ten miał magazynki w formie bębnów, bardzo dogodne i łatwe do wymiany (…). Niemcy trzymali dzień i noc wartę, pilnując samolotów i wydawało się zbyt trudne podejść niezauważonym. Dwóch chłopców z tego oddziału uprosiło dowódcę o pozwolenie na akcję. W środku nocy przekradli się cichaczem i jeden z nich dostał się do wnętrza samolotu, a drugi (…) zaczaił się w pobliżu. Ten, który był w samolocie musiał pracować w pozycji schylonej i w ciemności, powoli uwolnił śruby trzymające karabin i w tym momencie klucz wyśliznął się z ręki i spadł na podłogę. Chłopak zlany zimnym potem siedział jak mysz po miotłą, czekając co będzie dalej. Szczęście mu jednak sprzyjało (…). Dokończył demontażu i we dwóch zabrali i wynieśli nowiutki k.m. do oddziału”, czytamy w pamiętniku. Z danych wynika, że oddział dysponował pięcioma Lotniczymi Karabinami Maszynowymi MG-15 wykradzionymi w ten sposób z niemieckich bombowców Heinkel-111 stacjonujących na dęblińskim lotnisku.
Lotny Oddział „Pilot” składał się z dwóch plutonów: „Agawy” i „Błyska” (później ich liczba wzrosła do trzech). Trzon całości stanowił pododdział „Błysk” (wcielony do „Pilota” w kwietniu 1944 r.). Organizatorem i dowódcą „Błyska” był st. sierż. Kazimierz Kiełczykowski z GSU w Stawach, który w drugiej połowie 1943 r. scalił pod swoim dowództwem kilka grup „Kedywu” istniejącego w Rejonie V (Irena-Stężyca). Jego zastępcą był Stanisław Gawroński „Czujduch”, a żołnierzami - w większości pracownicy dęblińskiego węzła kolejowego lub zatrudnieni przy obsłudze lotniska w Dęblinie.
Pododdział liczył 25-35 żołnierzy i podzielony był na kilka patroli, którymi dowodzili m.in.: Mieczysław Dębowski „Boruta”, Czesław Szlendak „Maks”, Edmund Kotyza „Grot” i sierż. Marian Grabski „Spec”. Ten ostatni działał na terenie parowozowni dęblińskiej i zajmował się głównie akcją sabotażową. Poza tym z pododdziałem związani byli m.in.: Józef Pasek „Czart”, Józef Modelski „Cygar”, Henryk Barański „Długi”, Kazimierz Goździcki „Groźny”, Kazimierz Kozak „Hak”, Marian Szeliga „Jawa”, Tadeusz Miesiak „Mężny”, Kazimierz Dębowski „Lucyfer”, Ignacy Pawlak „Pućka”, Zdzisław Szeliga „Pocisk”, Henryk Borek „Beker”, Zygmunt Kęska „Krewny”, Zygmunt Kulik „Zemsta”, Czesław Gajda „Moskit”, Tadeusz Szarzyński „Szarak”, Kazimierz Deska „Iglica”, Władysław Joński „Barzycki”, Janusz Krajewski „Piorun”, Regina Pudło-Sałek „Samarytanka”, Józef Mizgier „Sokół”, Zygmunt Majchrowski „Wilk” i Jan Oleksy „Wiśnia”.
Zadaniem „Błyska” było prowadzenie szeroko pojętej dywersji kolejowej, a więc akcji sabotażowych w parowozowni i warsztatach naprawy taboru kolejowego. Partyzanci brali też udział w bezpośrednich działaniach na liniach kolejowych, zbierali informacje wywiadowcze o ruchach transportów kolejowych, ich ładunkach i przeznaczeniu oraz prowadzili wywiad na lotnisku.
Ślady działalności pododdziału szczególnie były widoczne na terenie parowozowni Dęblin. Zgodnie z raportami i meldunkami M. Grabskiego „Speca”, w okresie od grudnia 1943 r. do czerwca 1944 r. w parowozowni doszło do uszkodzenia 119 lokomotyw, przedłużając tym samym wydatnie ich włączenie do ruchu. Ta forma sabotażu polegała na m.in.: wytapianiu panewek, przecinaniu przewodów ogrzewczych, uszkadzaniu pomp powietrznych, luzowaniu śrub i nakrętek, zasypywaniu opiłkami cylindrów i suwaków.
W tym samym czasie partyzanci „Błyska” prowadzili również tzw. akcję termitową. Polegała na umieszczaniu w wagonach ładunków zapalających z zapalnikami o opóźnionym działaniu, które po upływie od 45 min. do 12 godz. wytwarzały ogień o bardzo wysokiej temperaturze. Termit wrzucano też do palenisk parowozów powodując przepalanie się rusztu i skierowanie lokomotywy do remontu.
Innym, równie skutecznym rodzajem sabotażu była akcja niszczenia materiałów, surowców i części zamiennych, m.in. różnego rodzaju olejów, smarów, karbidu, przewodów gumowych, grafitu, metali kolorowych, żeliwnych, manometrów, inżektorów, itp. Kilkakrotnie patrole pododdziału unieruchomiły nawet stację pomp na rzece Wieprz oraz przeprowadziły udane akcje dozbrojeniowe na lotnisku Dęblin i w parowozowni.
W wyniku tak prowadzonej dywersji kolejowej, żołnierzom „Zagończyka” udało się wydatnie zaszkodzić Niemcom. Z dostępnych dokumentów wynika, że partyzanci wysadzili co najmniej 21 lokomotyw oraz wykoleili lub zniszczyli 141 wagonów. Według niepełnych danych, działania te spowodowały przerwę w ruchu, głównie na szlaku Lublin-Dęblin-Radom i Lublin-Dęblin-Warszawa, wynoszącą około 200 godzin. Rozmiar dywersji kolejowej prowadzonej przez oddziały AK w obwodzie puławskim był największy w skali całego okręgu lubelskiego.
Tadeusz Opieka, opr. Tomasz Kępka
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze