Reklama

Pechowa misja radzieckiej załogi

24/11/2025 12:44

Lot nad przyczółek pod Kazimierzem udał się. Niestety radzieckiemu pilotowi przestało sprzyjać szczęście w okolicy Dęblina. 31 grudnia 1944 r. doszło to zestrzelenia samolotu w okolicach Kleszczówki

Wydarzenie miało miejsce podczas ofensywy wojsk radzieckich skierowanej przeciwko Niemcom. Postępy w spychaniu wroga na zachód doprowadziły do tego, że pod koniec 1944 r. Rosjanie znajdowali się na terenie Lubelszczyzny. Jednym z ich punktów wypadowych było lotnisko polowe pod Kurowem. Stacjonował tam wówczas 889. pułk nocnych bombowców złożony z popularnych w radzieckim lotnictwie samolotów typu Polikarpow Po-2.

Składy amunicji zniszczone

W ostatnich dniach grudnia jedna z załóg dostała rozkaz rozpoznania niemieckich pozycji, jakie znajdują się na przyczółku między Kazimierzem a Janowcem. Miejsce było ważne i trudne do przełamania, bo toczyły się o nie zacięte walki od lipca.
Otrzymując rozkaz wylotu załoga pod dowództwem sierż. Leonia Mjediejewa oraz lejt. Aleksieja Priszkina przestudiowała gruntowanie mapy miejsc, nad które piloci mieli lecieć. Była godzina 21:25, kiedy Polikarpow Po-2 oderwał się od pasa wzniecając tumany śniegu i obrał kurs na Wisłę w rejonie Kazimierza. Lot przebiegał spokojnie. Lotnicy podziwiali więc toczące się na ziemi walki i nie niepokojeni przez Niemców dolecieli nad cel, którym były składy amunicji koło Zwolenia. Pilot zmniejszył więc do minimum obroty silnika i powoli zbliżył się do celu. Nad wojskowym obiektem lejtnant zwolnił 4 szt 50-kilogramowych bomb burzących i odłamkowych. Po wykonaniu zadania pilot wcisnął gaz do oporu i poderwał samolot w górę.
Wybuchające na ziemi bomby spowodowały, że Niemcy zaczęli strzelać do niewidocznego już samolotu. Wezwali też na pomoc będące w pobliżu nocne myśliwce z pobliskiego pułku NJG100. Mimo wysiłków wroga, nocni radzieccy piloci dolecieli na lotnisko bez szwanku. A po złożeniu raportu oficerowi wywiadu udali do swych siedzib na odpoczynek.

Reklama

Las wciąż skrywa tajemnicę?

Kolejna misja załogi miała nastąpiła 31 grudnia. Tym razem piloci nietypowo wylecieli na misję za dnia w rejon Dęblina. Po doleceniu w rejon Bobrownik i Kleszczówki lejtnant zauważył, że od tyłu zbliża się do nich jakiś samolot. Ostre słońce odbijające się od śniegu utrudniło mu jednak jego rozpoznanie. A był to niemiecki Focke Wulf Fw-190 A8 należący do pułku myśliwskiego Jg52.
Za sterami maszyny siedział pilot frontu wschodniego mjr Gerhard Borkhom. Niemiec oddał salwę ze swej broni pokładowej. Ale mimo, że cel w postaci powolnego Po-2 był łatwy, nie udało mu się trafić w ten samolot. Przestrzelił. Dopiero po zawróceniu i wysunięciu podwozia oraz klap Niemiec znacząco zwolnił swoją prędkość i przy ponownym ostrzale bez problemu przeszył radziecką maszynę. Ziejące ogniem pociski zniszczyły drewnianą konstrukcje samolotu, która się zapaliła. Niesterowny „pociak” przechylił się na skrzydło i spadł w lesie w rejonie Kleszczówki. Uderzenie było tak silne, że doszczętnie zniszczyło maszynę. Zwycięski Niemiec tymczasem odleciał, by zapolować na kolejna ofiarę.
Niestety losy pechowej załogi Polikarpowa do dziś pozostają niewyjaśnione. Wiadomo, że na pewno nie wyskoczyła z samolotu, bo ten znajdował się zbyt nisko nad ziemią. Należy domniemywać ze zginęła w samolocie, lecz brak na to niezbitych dowodów w postaci grobu, którego w tym rejonie nie ma. Brakuje także naocznych świadków tego wydarzenia.

MAREK, opr. Tomasz Kępka

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo TwojGlos




Reklama
Najnowsze wiadomości