Na co dzień był wrażliwym młodym człowiekiem, o niezwykłym talencie wokalnym. W walce zaś cechowała go odwaga i upór w dążeniu do celu. Zginął 1 lutego 1944 r. od kul niemieckiego okupanta po brawurowej akcji w sercu stolicy
Zbigniew Gęsicki ps. „Juno”, bo o nim mowa, znalazł się w składzie 9-osobowej grupy, która dokonała zamachu na Franza Kutcherę. Jako osoba dobrze znająca język niemiecki, został wytypowany do ubezpieczania kolegów wykonujących wyrok na znienawidzonym wrogu. Mało kto wie, że ten waleczny chłopak urodził się w Dęblinie.
Związki Gęsickiego z Miastem Orląt nie były długotrwałe, ale za to bardzo wyraźne. W świetle dokumentów, to tutaj, 21 listopada 1919 r., przyszedł na świat. O jego życiu w Dęblinie niewiele wiadomo. Pewnym jest, że rodzice Zbigniewa pracowali w tutejszej Twierdzy. Przypuszczalnie mogli przyjechać do miasteczka tuż po wojnie za pracą. Ściągało wtedy do Dęblina wiele osób, a zajęć do podjęcia było wiele: to nie tylko twierdza, ale też kolej i powstające lotnisko.
Rodzina Gęsickich spędziła w Mieście Orląt co najmniej dziesięć lat. Zbigniew musiał więc rozpocząć edukację w miejscowej szkole. Po niedługim czasie jednak, w 1928 r., wszyscy opuścili tutejszą okolicę i przenieśli się do Piastowa pod Warszawą. W tym też mieście chłopiec kontynuował naukę w Szkole Powszechnej i należał do grupy „Wilczków” tamtejszego harcerstwa. Grywał w szachy, a rodzice wychowywali jego i młodszą siostrę Krystynę w atmosferze patriotyzmu, kulcie powstań narodowych oraz uwielbieniu dla Józefa Piłsudskiego. Tak ukształtowany jedenastolatek, w 1930 r. rozpoczął naukę w warszawskim gimnazjum.
Od najmłodszych lat Zbigniew Gęsicki należał do osób lubianych i cenionych za jego cechy charakteru i życiową postawę. W oczach przyjaciół był koleżeński, szlachetny, obowiązkowy i wrażliwy na ludzką krzywdę. A przy tym zwyczajny, pogodny i pełen życia. Ponoć doskonale śpiewał. Miał szeroki repertuar: od kupletów, nawet po arie operowe. Jako świetny kompan i pożądany gość na spotkaniach towarzyskich, potrafił wręcz prowokować innych do śpiewu.
Przy wielu talentach Gęsickiego, należy odnotować również to, że był doskonale wysportowany. Świetnie pływał, a jeszcze podczas wakacji w 1939 r. ukończył z bardzo dobrymi wynikami dwutygodniowy kurs żeglarski ze specjalnością: skoki do wody. Odbycie przeszkolenia w Gdyni zaproponował mu ojciec, który marzył o umieszczeniu syna w tamtejszej szkole morskiej. Z kursu Zbigniew nauczył się ponoć tak wiele, że miał nawet wziąć udział w pełnomorskim rejsie. Niestety z powodu ogłoszonego pogotowia wojennego, z eskapady trzeba było zrezygnować.
Wybuch drugiej wojny światowej zastał Gęsickiego w Piastowie. Ale już jesienią 1939 r. pojawił się w Warszawie. Niedługo później wstąpił do konspiracji, a pierwszym zadaniem, jakie otrzymał, było organizowanie „lewych” dokumentów rannym jeńcom, żołnierzom w Szpitalu Ujazdowskim. Odwiedzał chorych z książką do czytania. W niej, między wierszami notował dane personalne osób, które chciały uciekać i miały zagwarantowane miejsce schronienia. Zajmował się także organizowaniem zbiórek odzieży cywilnej i przenoszeniem dokumentów. Jak się później okazało, wielu żołnierzy dzięki niemu uciekło ze szpitala.
Działalność konspiracyjną Zbigniew dzielił z codzienną pracą na kolei. Wzięło się to stąd, że w 1941 r. wraz z kolegą Bronisławem Hellwigiem ukończył Liceum Telekomunikacyjne. Praca na kolei była wówczas niezłą posadą, bo pracownicy otrzymywali oprócz wynagrodzenia, deputaty żywnościowe. Co jednak ciekawe, nasz bohater nie chciał z nich korzystać. Wolał je oddać jednemu z pracowników, żyjącemu w biedzie, ojcu trójki dzieci. Sam zaś zaopatrywał rodzinę w żywność, szmuglując ją ze wsi. Pod groźbą kary śmierci dostarczał też jedzenie szkolnemu koledze, którego spotkał wśród robotników kolejowych przyprowadzanych z Getta do pracy.
Ważnym momentem w konspiracyjnym w życiu „Juna” było wstąpienie do tajnej grupy samokształceniowo-szkoleniowej PET przy Hufcu Centrum w Warszawie (nazwa nawiązywała do formacji młodzieży szkolnej z czasów zaborów). Do organizacji wciągnął go Eugeniusz Schilberg, kolega ze szkoły i konspiracji. Niedługo potem Gęsicki zaczął uczestniczyć w małym sabotażu. Niejednokrotnie ocierał się o śmierć podczas akcji, które przeprowadzała warszawska młodzież. Między innymi kolportował podziemną prasę, przenosił broń, wybijał szyby w domach i sklepach konfidentów, malował patriotyczne napisy na murach, uczestniczył w szkoleniach, ćwiczeniach rozpoznawczych itp.
Duże znaczenie na życiu Zbigniewa wywarła decyzja Kwatery Głównej Szarych Szeregów z 1943 r., o utworzeniu w ramach Warszawskich Grup Szturmowych oddziału do zadań specjalnych pod nazwą AGAT (antygestapo). „Juno” wraz z kolegami, jako członek drużyny PET-u wszedł w skład I oddziału AGAT-u. Celem działań konspiratorów stały się zamachy na najokrutniejszych dowódców policji niemieckiej, skazanych przez sądy Polskiego Państwa Podziemnego. Akcje przeprowadzane przez AGAT (później PEGAZ) stały się wybitnymi osiągnięciami podziemia. A jednym z najważniejszych był zamach na szefa SS i gestapo dystryktu warszawskiego, gen. Franza Kutscherę. Zbigniew Gęsicki też wziął udział w tym zamachu.
Akcja była jedną z największych sukcesów bojowych Armii Krajowej nie tylko w Warszawie, ale także w Europie. Włączenie Zbigniewa Gęsickiego do 9-osobowego zespołu operacyjnego dowództwo uzasadniło kilkoma ważnymi argumentami. „Juno” uprawiał szereg dyscyplin sportowych, które ukształtowały w nim upór w dążeniu do wyznaczonego celu. Udział w akcjach małego sabotażu wyrobił w nim szybkość orientacji oraz takie cechy jak solidność i odpowiedzialność za siebie i innych. W powszechnej opinii należał do odważnych, ale jego odwaga nie polegała na brawurze. Ponadto był opanowany i rozważny, dobrze mówił po niemiecku, a jednocześnie cieszył się szacunkiem u kolegów.
Zadanie Gęsickiego w akcji na Kutscherę polegało na ubezpieczaniu kolegów wykonujących wyrok. Akcja została przeprowadzona perfekcyjnie 1 lutego 1944 r. i trwała zaledwie 4-6 minut. Silnie strzeżony „kat Warszawy” poległ z rąk trzech zamachowców. Ale nie obyło się bez ofiar po stronie atakującej: czterej uczestnicy zamachu zostali ciężko ranni.
Gęsicki postanowił pomóc kolegom trafionym niemieckimi kulami. I jak się okazało, była to jego ostatnia życiowa misja. „Juno” wraz z „Sokołem” chciał umieścić chorych w szpitalu. Zadanie nie należało do łatwych, bo w tym czasie całe miasto roiło się już od policji. A na domiar złego Niemcy ogłosili alarm dla wszystkich służb. W tak niebezpiecznej sytuacji, jeżdżąc po Warszawie przestrzelonym samochodem, bez konspiracyjnych dokumentów, obaj partyzanci narażając swoje życie, walczyli o życie umierających kolegów.
Zadanie prawie im się udało. Właśnie wracali samochodem z Pragi na lewą stronę Wisły, gdy na moście Kierbedzia zatrzymali ich Niemcy. Dziś trudno ocenić, dlaczego akowcy postanowili jechać samochodem zamiast pozostawić go i uciec po wykonaniu zadania. Być może zadecydowało o tym poczucie odpowiedzialności za powierzony pojazd, który wraz z bronią w nim przewożoną był w konspiracji bardzo cenny. Stojąc teraz oko w oko z okupantem, rozpoczęli z nim desperacką walkę o życie. Widząc jednak, że nie mają szans, podjęli ryzyko skoku do Wisły. Przy odrobinie szczęścia mogło im się udać i ocaleć, ale niestety kule niemieckie dosięgły ich w wodzie. Ciał „Juna” i „Sokoła” nigdy nie odnaleziono. W chwili śmierci Zbigniew Gęsicki miał zaledwie 24 lata. Pośmiertnie został odznaczony Krzyżem Walecznych.
opr. Tomasz Kępka
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze