Wszczął się wielki tumult i popłoch. Kto mógł, musiał się ratować ucieczką. Tak świadkowie zapamiętali dramatyczne wydarzenia nocy z 23 na 24 stycznia 1944 r. Lata niemieckiej okupacji zapisały się w całej Generalnej Guberni terrorem. Najbardziej wyrazistą formą takich działań były uliczne łapanki. Dały się one we znaki m.in. mieszkańcom Dęblina. Pamiętnej, styczniowej nocy wiele rodzin przeżyło chwile grozy. Te wydarzenia dobrze zapamiętali świadkowie: ppor. Zygmunt Matysiak „Sęp” i sierż. Stanisław Grzęda „Kret”.
Ze wspomnień obu bohaterów wynika, że akcja gestapowców z Puław i Kazimierza została przeprowadzona nad ranem. „Wróciłem do domu ze stacji kolejowej w Dęblinie, gdzie pracowałem jako obchodowy u Zwiadowcy Odcinka Drogowego PKP, na drugiej, nocnej zmianie. Była to noc strachu i niepewności. Gestapo buszowało po stacji i aresztowało kolegów. Żona dolała jeszcze oliwy do ognia mówiąc, że syn Dyzio płakał całą noc” - wspominał Grzęda. Na podobne emocje wskazuje relacja Matysiaka: „Wszczął się wielki tumult i popłoch. Kto mógł, musiał ratować się ucieczką. Niektórzy zostali ostrzeżeni w porę i usunęli się. W ten sposób uniknęli aresztowania”.
Niestety uciec w porę nie udało się wszystkim. „Wtem wpada do mojego mieszkania Kazimierz Zaręba „Zaroślak”, żołnierz plutonu pionierów z wiadomością, że koło domu Władysława Lamka „Orzeł II” kręcą się Niemcy. Po 2-4 minutach wpada dowódca plutonu konspiracyjnego „Wołk” i mówi: Niemcy prowadzą Lamka (członek wywiadu AK - przyp. red.)” - zanotował w pamięci Grzęda. Podobny los spotkał Czesława Witenberga, pracownika PKP oraz wielu innych ludzi.
Szansą na wolność była ucieczka. „Udałem się do Ireny. Na ulicach popłoch, ludzie smutni, widać zdenerwowanie. Idzie kondukt pogrzebowy. Chowają młodego Marczaka, kolejarza, którego zabili Niemcy. Ludzie odrywają się od konduktu i znikają między domami. Spotyka mnie moja córka, Danusia, cała zapłakana i informuje, że do domu przyszedł goniec Jan Jakubik z poleceniem, abym natychmiast zgłosił się u Zwiadowcy Odcinka Drogowego. Wiedziałem, co to znaczy i zgłaszać się nie miałem zamiaru. Uspokoiłem Danusię i ustaliliśmy odpowiedź dla gońca. A Niemcy zamiast mnie, zabrali żonę” - wspominał przed laty Grzęda.
Z relacji „Kreta” wynika, że po ucieczce przebywał z kompanami na Mierzwiączce. „Siedzimy u Bortkowej i medytujemy, co robić dalej. Wtem wpada sąsiadka, Wójcikowa, wystraszona i od progu krzyczy: Uciekajcie, Niemcy idą! Wychodzę i patrzę. Niemcy prowadzą aresztowanych, a z nimi moją żonę. Zaprowadzili wszystkich na posterunek w Irenie. Puściłem się przez pola w kierunku Żdżar. Po drodze spotkałem Władysława Kotlęgę. Idziemy dalej razem. Nocujemy w Żdżarach, a o świcie udaję się do miasta. Część kobiet zwolnili, w tym moją żonę i żonę Kotlęgi. Zapowiedzieli, że jak się zjawię, mam zgłosić się na posterunek. W nocy wpadłem do mieszkania, zabrałem najpotrzebniejsze rzeczy, pożegnałem żonę i dzieci i odmaszerowałem” - opowiadał Grzęda.
Ucieczkę z domu poprzedziła wzruszająca scena. Córka „Kreta”, Danusia, zdjęła ze swej szyi medalik z Matką Boską Częstochowską i założyła ojcu. „Serce zaczęło mi bić pospiesznie, ale koledzy czekali” - wspominał Grzęda. Nie było rady, musiał iść. Razem z partyzantami udał się w kierunku wsi Krukówka na umówiony punkt zborny, do zagrody Matysiaków.
Zygmunt Matysiak „Sęp” przebywał w swoim gospodarstwie na Krukówce jeszcze przed łapanką. Zdziwił się, gdy ujrzał we wsi znajomych z partyzantki w tak dużej liczbie. „Od nich dowiedziałem się, o niemieckich masowych aresztowaniach. Ponieważ byli niewyspani, głodni i przemarznięci, mój dom stał się dla nich ostoją. Tu się mogli pokrzepić na dalszą poniewierkę” - opowiadał.
Czując zagrożenie partyzanci i gospodarze postanowili się ubezpieczać. „Wystawiliśmy czujki obserwacyjne na zewnątrz. I tak na zmianę: jedni się pokrzepiali w domu, a drudzy byli ukryci w pobliskim lasku i czekali na zmianę. Uciekinierów było około 30 chłopa. Tak przetrwaliśmy do wieczora. Wieczorem każdy udał się do swoich domów i dowiadywał się, czy Niemcy o nich nie pytali. Po tych wywiadach więcej niż połowa pozostała w domu. Ja ze Stanisławem Grzędą i Władysławem Kotlęgą udaliśmy się do miejscowego wójta, Adama Lipskiego „Marka”, u którego Niemcy zasięgnęli wiadomości o tych, których nie zastali w domu” - wspominał Matysiak.
Po naradzie u wójta partyzanci zdecydowali, że muszą działać. „Postanowiliśmy wydobyć ukrytą broń. Ci, o których Niemcy się pytali lub byli w domu, a ich nie zastali, postanowili udać się z powrotem na Krukówkę i już tam z bronią w ręku myśleć o samoobronie” - relacjonował Matysiak.
W ten sposób we wsi powstał nowy oddział partyzantki. Od początku tworzyli go: por. Zygmunt Matysiak „Sęp”, sierż. Stanisław Grzęda „Kret”, st. wach. Władysław Kotlęga „Dębor”, podof. Henryk Borek „Beker”, sierż. Piotr Korowiec „Korek”, podof. Tadeusz Bociański „Borówka”, Czesław Borek „Bekas”, Edward Borek „Tygrys”, plut. podch. Zygmunt Kulik „Zemsta” i Henryk Szczęśniak „Jędruś”. Jako miejsce stacjonowania akowcy wybrali lasy w okolicach Rokitni, Brzezin i Swat. Tylko noce spędzali w gospodarstwach tych miejscowości. W Rokitni oddział poszerzył się o dwóch chłopców: Stefana Mikuska „Górala”, „Wichra” i Zenona Ochala „Pioruna”. Obaj ukrywali się po włamaniu do niemieckich magazynów.
Na początku działalności oddziału wywiązał się spór o to, kto ma mu przewodzić. Wątpliwość przeciął „Dębor”, który po ustaleniach z komendantem rejonu 5 AK w Dęblinie, kpt. Aleksandrem Prokopem „Rębaczem” wyznaczył listę stanowisk. „Sęp” stał się komendantem oddziału, „Kret” był odtąd jego zastępcą, „Dębor” został szefem oddziału, „Beker” drużynowym, „Korek” dowódcą drużyny drugiej, a „Borówka” sekcyjnym.
Później do oddziału dołączyli jeszcze: Zygmunt Szlędak „Brzoza”, Piotr Pyt „Kwiatek”, Henryk Baran „Henry”, Zdzisław Błaszczyk „Lufa” i Witold Lesisz „Lampart”.
Dobrze zorganizowani partyzanci najwidoczniej budzili uznanie komendy 15 pułku AK. Niedługo po utworzeniu struktur oddziału, komendant podobwodu A Piotr Ignacak „Sawa-Just” podjął decyzję, by żołnierze operowali nie tylko wo okolicach Dęblina, Ryk i Stężycy, ale od Garwolina do Ryk. Natomiast pod koniec lutego, ten sam komendant przyłączył partyzantów „Sępa” do oddziału Mariana Bernaciaka „Dymka”, „Orlika”. Bernaciak operował wtedy na terenie od Ryk do Puław. Celem zjednoczenia miało być zwiększenie oporu stawianego okupantowi. Po tym scaleniu „Sęp” został zastępcą „Dymka”, a jego oddział przyjął nazwę „Orlik”.
Z czasem formacja Matysiaka rozszerzyła się do tego stopnia, że zostały w niej wydzielone trzy plutony. Pierwszym dowodził „Sęp”, drugim Władysław Antoszczak „Szary”, a trzecim Zygmunt Kęska „Krewny-Świt”.
W swoich wspomnieniach Matysiak dokładnie określił, na czym koncentrowała się praca oddziału. „Naszym zadaniem była samoobrona oraz obrona ludności przed okupantem oraz w szczególności przed napadami i rozbojami przestępców rekrutujących się z wykolejonych obywateli miejscowej ludności. Zasadą naszą było: po zatrzymaniu podejrzanego upomnieć go i ostrzec. Jeżeli się nie poprawił, dostawał baty, a jeżeli i to nie pomogło, był likwidowany. A rzeczy zrabowane wracały do swoich właścicieli. Nasz oddział likwidował też bimbrownie, bo nie dość, że wróg zabierał kontyngenty, to jeszcze miejscowa ludność dla handlu niszczyła na wyrób zboże” - relacjonował po latach Zygmunt Matysiak. Jego oddział funkcjonował do rozwiązania go w 1944 r.
Tadeusz Opieka, opr. Tomasz Kępka
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze