Reklama

6 lat na Syberii. Wspomnienia Henryka Owczarka cz. II

"Jako najstarszy w rodzinie osobnik rodzaju męskiego, byłem zobowiązany pracować w kołchozie"

Klimat Kazachstanu bardzo zróżnicowany. W części północno-wschodniej umiarkowany, suchy, wybitnie kontynentalny. Latem ciepły ze średnią temperaturą lipca +25 C, zimą chłodny ze średnią temperaturą stycznia -25 C. W okresie zimowym mrozy dochodziły do - 40 C i wyżej. Nękały nas również kilkudniowe zamiecie śnieżne, bardzo intensywne tzw. burany, po których cała wieś zasypana była śniegiem, równo z dachami domów. Wygrzebywaliśmy się wówczas z domostw na powierzchnię, jak borsuki z nor. Aby zapobiec niszczycielskim siłom zimowych zamieci śnieżnych, a latem gwałtownych, ulewnych lecz krótkotrwałych burz, domy, a raczej chaty, budowano jako niskie, masywne bryły o płaskich dachach. Do tego celu w specjalnie wykonanych formach drewnianych wyrabiano cegłę z gliny. Glinę mieszano z plewami i krowimi odchodami, jako spoiwem. Formowana i suszona była na słońcu, nieraz kilka letnich pór roku. Te drewniane formy służyły również do wyrobu brył opałowych podobnych do cegieł torfowych. W tym celu zbierano świeże krowie odchody, mieszano z pociętą na drobno słomą, formowano i suszono na słońcu. Reasumując, do opalania w miarę szczelnych, glinianych chałup używano, jak już wspomniałem, trzciny, formowanych cegieł z odchodów bydła oraz zbieranych z pastwisk suchych plastrów krowiego łajna tzw. kiziaków. Drewno było towarem deficytowym. Najbliższe lasy to resztki obrzeży tajgi, które sięgały do północnej części Kazachstanu. Od naszego miejsca zesłania odległe około 200 kilometrów.

"Kto nierabotajet, tot nie kuszajet"

Wszystkich dorosłych obowiązywała bolszewicka zasada. "Kto nierabotajet, tot nie kuszajet".  Od lata 1941 r. w czasie wojny niemiecko-rosyjskiej zasada ta rozciągała się również na dzieci. Ja, jako najstarszy w rodzinie osobnik rodzaju męskiego, byłem zobowiązany pracować w kołchozie. "Podbudowany" hasłami  "Za rodinu, za Stalina",  i drugie "Wieschleb dla fronta", rozpocząłem pracę w miaso-mołocznom kołchozie "Krasnyj Pachar", w którym nigdy nie spożywałem mleka, a tym bardziej mięsa. Chociaż... - ale to za chwilę. W sezonie letnim roku 1941 przeznaczono mnie do wypasu owiec, potem cieląt. Pod koniec sezonu letniego "awansowałem" na pomocnika pastucha krów mlecznych dosiadając na oklep wierzchowca. Awans swój zawdzięczałem Hitlerowi, bowiem kwiat męskiego rodu kołchozowego wyruszył na front, by bronić ojczyzny. Nastąpiło więc stopniowe przydzielanie prac, zwłaszcza polowych dla coraz to młodszych kołchoźników, czyli dzieci. Stado krów liczyło przemiennie około 300 sztuk. Głównym pastuchem był stary Kazach o imieniu Syzyk, jeżdżący na osiodłanym koniku rasy mongolskiej, który poruszał się truchcikiem, aby nie nadwerężyć starych kości jeźdźca. Będąc muzułmaninem zsiadał on nieraz z konia, rozścielał dywanik, klękał, odwracał się w stronę Mekki i rozkładając przed sobą ręce śpiewał jakąś niezrozumiałą mi modlitwę, czyniąc przy tym pokłony dotykając czołem ziemi. Chodzenie za stadem było uciążliwe, a stepowe powietrze wzmagało apetyt. Starałem się na wszelkie sposoby zaspokoić trapiący mnie głód. Kiedyś znalazłem sfatygowany, zardzewiały, metalowy kubek. Po wyczyszczeniu go żwirem przywiązałem do portek pod wypuszczoną na wierzch koszulę tzw. rubaszkę. W stadzie wybrałem starą, spokojną krowinę, kucnąłem pod nią dojąc do kubka mleko. Dostrzegł to Kazach. Podjechał konno i w dość spokojny, rzeczowy sposób ostrzegł mówiąc: "nie rób tego, bo mnie wsadzą w tiurmu, a ciebie w najlepszym przypadku odeślą do poprawczaka, jeżeli przypałęta się brygadzista, czyli zwierzchnik." I mówił dalej "rób tak jak cielak, po prostu ssij krowę, zawsze w razie wpadki nie będzie dowodu rzeczowego, a ty wytłumaczysz się, że usuwałeś krowie kleszcze", które były uciążliwą plagą bydła. Kiwając głową westchnął: "wszyscy jesteśmy bardzo głodni"!

Reklama

"Za zbierane kłosy zbóż obrywaliśmy baty"

Masowe deportacje doprowadzały do śmierci przede wszystkim dzieci i starców wskutek nieustającego głodu, wycieńczenia i szerzących się chorób: tyfusu, czerwonki, świerzbu, szkorbutu, wszawicy. Do tego siarczysty mróz i zawieje śnieżne dopełniały reszty. Tylko nadzieja powrotu pozwalała przetrwać najgorsze. W tych niezmiernie trudnych czasach trzeba było sobie jakoś radzić, zwłaszcza zimą. Miałem na sobie starą, watowaną kurtkę, z której na wierzch wyłaziły kłaki. Natomiast podszewka tej kufajki z mocnego, trwałego płótna była mocno przyszyta. Kieszeni nie było, miała tylko płytkie otwory imitujące kieszenie. Do nich wkładałem wszystko, co w jakiś sposób mogło nadawać się do spożycia: ziemniak zmarznięty, nadgniły, ogryzek buraka, którego nie dokończyła owca, pół kolby niedojrzałej kukurydzy lub resztki zmiecionej paszy przeznaczonej świniom. W chałupie, przeważnie zimnej, wywracało się tą podszewkę kurtki wysypując wszystkie zdobyte trofea, z których babcia wraz z Jeleną kleciły zupę zasypując tę lurę garstką śruty, ospy lub otrębów. Nieco lepiej przedstawiała się sytuacja żywnościowa wiosną i latem, kiedy w rowach bujnie wyrastała pokrzywa i komosa. Na stepie rosły cebulki stepowe, tzw. saranki. Szczawiu na stepach nie było. Na tej to zieleninie gotowaliśmy zalewajkę i zupę cebulową. Saranki jedliśmy na surowo, częściowo zapobiegając szerzącemu się szkorbutowi, zwłaszcza wśród dzieci. W okresie letnim, w czasie żniw łatwiej było o ziarno, mielone potem w domowych żarnach lub rozgniatane wprost w metalowych puszkach. Zbieraliśmy też kłosy zbóż pszenicy i jęczmienia, za które często obrywaliśmy baty, niejednokrotnie słysząc niewybredne epitety, z których najłagodniejszy to: "ty polska świnio". O dziwo, kiedy dziś nachodzą mnie wspomnienia, dochodzę do wniosku, że tylko wiek dziecięcy pozwalał nam przetrwać to dzikie, nieludzkie kształtowanie młodocianego charakteru i osobowości przy pomocy knuta i ciągłego poniżania przez włodarzy tej socjalistycznej, radzieckiej rzeczywistości. Jako dzieciak myślałem wtedy, że chyba tak musi być, że to oczywista normalność.

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Gość - niezalogowany 2019-10-13 10:05:28

    Podziwiam wytrwałość i odwagę

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo TwojGlos




Reklama
Najnowsze wiadomości