"Pogrzebaliśmy babcię zawiniętą w starą, dziurawą płachtę na wyznaczonym miejscu zwanym kładbiszczem czyli cmentarzem. Kopaliśmy z Jurkiem grób na zmianę, jedną pożyczoną, wyszczerbioną łopatą"
12 sierpnia 1941 roku Prezydium Rady Najwyższej ZSRR uchwaliło dekret o amnestii dotyczący polskich zesłańców. W wyniku przywrócenia i ocieplenia stosunków dyplomatycznych między Rządem RP w Londynie, a Rządem ZSRR (tzw. układ Sikorski-Majski) amnestionowani Polacy uzyskali prawo swobodnego wyboru miejsca zamieszkania. Z tego dobrodziejstwa skorzystała pani Jadzia i wyjechała do tworzącego się w Buzułuku Wojska Polskiego dowodzonego przez gen. Andersa. Nieco wcześniej wyjechał jej niespełna 15-letni syn do szkoły junaków organizowanej przy dowództwie. Zostały nas trzy rodziny, w sumie 10 osób. Niedługo po wyjeździe pani Jadzi otrzymaliśmy od niej paczkę z napisem: prowierienno. Wewnątrz paczki w liście wymienione były wszystkie rzeczy pierwszej potrzeby, a więc: mydło, świece, igły, nici, lekarstwa, nożyczki, cukier w kostkach, skarpetki i modlitewnik, który wrócił z nami do Polski oraz inne drobiazgi. Zacna pani Jadzia dokładnie wiedziała, co nam jest najbardziej potrzebne, bowiem sama niedawno doświadczała braku niezbędnych środków do życia. W drugiej paczce połowę zawartości z listu wykreślono np. czekoladę, cukier i inne, a opakowanie dotarło do nas mocno nadwerężone i niedbale sznurkiem związane. Trzecia przesyłka to prawie samo pudełko poszarpane, byle jak związane, bez listu. Więcej przesyłek nie było. Nie docierały do adresata, bo prawdopodobnie Polonia z Persji wraz z wojskiem przemieszczała się do Afryki i dalej do Europy, bliżej Ojczyzny.
Latem 1943 roku umiera babcia. Przyczyna śmierci wiadoma - stary, schorowany człowiek, żyjący w nieustannym stresie i ubóstwie. Zostałem z młodszym bratem. Pogrzebaliśmy babcię zawiniętą w starą, dziurawą płachtę na wyznaczonym miejscu zwanym kładbiszczem, czyli cmentarzem. Był to kwadrat stepu położony na południe od wsi o wymiarach ok. 50 x 50 metrów okopany rowem. Kopaliśmy z Jurkiem grób dla babci na zmianę jedną, pożyczoną, wyszczerbioną łopatą, starając się, aby był w miarę głęboki. Zimą bywało różnie. Z płytko wykopanych dołków wilki wygrzebywały zmarznięte na kość zwłoki. W kołchozie nie było drewna na wykonanie trumny, ani zbicia krzyża. Na grobie babci ułożyliśmy krzyż z uzbieranych w stepie kamyków. Po ewakuacji armii gen. Andersa do Persji powstały nowe inicjatywy w sprawie tworzenia w ZSRR Wojska Polskiego. Staraniem założycieli Związku Patriotów Polskich 6 maja 1943 roku Państwowy Komitet Obrony ZSRR pozytywnie odpowiedział na ich starania. Z inicjatywy ZPP we wrześniu 1944 roku zostaliśmy przesiedleni na Ukrainę w rejon Dniepropietrowska do sowchozu nr 127 specjalizującego się w uprawach rolnych. My, dzieci, jako pierwsi wpadliśmy do baraku myszkując po pomieszczeniach dość starannie przygotowanych na nasze zasiedlenie. W kącie korytarza znalazłem skórkę chleba. Dobrze, pomyślałem, będzie co jeść. W przyszłości okazało się, że nie głodowaliśmy. Sowchoz był instytucją samowystarczalną, zwłaszcza pod względem wyżywienia. Na Ukrainie, podobnie jak w Kazachstanie, w pracach polowych przeważały kobiety i dorosłe dziewczęta. Zdrowych mężczyzn, poza starcami i wyrostkami poniżej 15 roku życia, nie było. Nie powrócili z wojny, bądź walczyli nadal, tym razem gdzieś na zachodzie. Młodzieńcy przysposabiali się do wojaczki w szkołach wojskowych. Powracający z wojny byli przeważnie kalekami, bez nóg, czy rąk, byli słabi i nie nadawali się do pracy.
W tej sytuacji ja, jako najstarszy chłopiec w okolicy, zostałem skierowany do pracy w charakterze pomocnika w dziale głównego mechanika sowchozu. Był nim dziadzia Czubow, 45-letni świszczący astmatyk, wszechstronnie utalentowany pod względem mechanizacji, pełniący w sowchozie funkcję kowala, mechanika, młynarza i elektryka. Chorowity, wyręczał się mną w pełnym zakresie. Waliłem młotem w kuźni, obsługiwałem silnik poruszający walce mielące ziarno lub potężną prądnicę dającą światło w zabudowaniach sowchozu. Wieś nieco oddalona od zabudowań sowchozowych nie miała elektryczności. Latem wykonywałem też drobne naprawy sprzętu polowego. Zimą na przełomie lat 1944-1945 i 1945-1946 odkuwaliśmy lemiesze do pługów, ostrzyliśmy i naprawialiśmy ostrza do kosiarek, wykonywaliśmy prace konserwacyjne i poważniejsze naprawy różnego sprzętu nieodzownego do prac polowych. Pionierską rolę spełniała w sowchozie nasza dzielna rodaczka - pani Helena legitymująca się dyplomem przedwojennego ekonomisty. Trzęsła sowchozem w pełnym tego słowa znaczeniu. Ona podejmowała decyzje, ona wyznaczała terminy prac, wydawała dyspozycje będąc główną i jedyną księgową przedsiębiorstwa. Ona przyjmowała i rozliczała się przed państwową komisją, wręcz zadziwiała członków komisji znajomością spraw i prawa dotyczącego prowadzenia przedsiębiorstwa rolnego. Często przewodniczący komisji domagali się prowadzenia kontroli przy udziale tylko "grażdanki Piotrowskoj". Przewodniczący i sekretarz gospodarstwa rolnego, byli żołnierze frontowi, jeden bez nogi, a drugi połamaniec, obwieszeni do pasa medalami, nie nadawali się zdaniem komisji do prowadzenia prac kontrolnych, jak również reprezentowania instytucji państwowej. Tym sposobem sowchoz nr 127 stał się przodującym, a profity z naszej pracy zbierali włodarze przedsiębiorstwa. Chociaż my, Polacy, dzięki pani Helenie byliśmy nieco łagodniej traktowani i postrzegani.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze