Reklama

Katastrofa niemieckiego bombowca pod Rykami

08/07/2015 00:00
Jest rok 1944. Na lotnisko w Dęblinie z frontu wschodniego zostaje przebazowany szwadron bojowy składający się z bombowców typu Junkers. Jednostka ma wkrótce brać udział w powstrzymywaniu natarcia wojsk radzieckich na zachód. Ma bombardować miejsca koncentracji wojsk, szlaki kolejowe i drogowe oraz mosty na Bugu, a także miasta i wsie na Ukrainie, Białorusi i Litwie. 18 czerwca 1944 załoga dostaje pilny rozkaz natychmiastowego nalotu na mosty na Bugu. Chodziło o odcięcie Rosjanom możliwości przerzucenia posiłków.

Na lotnisku mechanicy tankują do pełna 10 samolotów, które mają tego dnia lecieć na misje. Do ich komór bombowych żołnierze ładują bomby burzące o wadze 1000 i 500 kilogramów. Jest 9., kiedy do samolotów podjeżdżają ciężarówki z czteroosobowymi załogami w składzie pilot, nawigator - bombardier i dwóch strzelców pokładowych. 45 minut później pierwsze samoloty wzbijają się w powietrze. Zaraz dołączają kolejne. Wszystkie formują szyk bojowy i obierają kurs na cel ataku.

Zestrzeleni i trafieni

Po około 35 minutach lotu maszyny nadlatują nad cel. Nagle odzywa się radziecka artyleria przeciwlotnicza, która strzela gęsto i celnie. Od razu 3 samoloty niemieckie zostają trafione. Nie zdążyły nawet zrzucić bomb. Wraki spadają na ziemie grzebiąc załogi.

Dwa następne zostają trafione i lekko uszkodzone w kadłub. Mimo to zrzucają bomby i jak pozostałe obierają kurs powrotny do Dęblina. Kiedy artyleria ucichła na niebie pojawia się sześć myśliwców typu Jakowlew. Od razu przystępują do ataku. Uszkadzają jeden silnik w samolocie niemieckiego dowódcy. Trafiają też dwie inne maszyny napastników. Załogom udaje się ugasić ogień. Na jednym silniku lecą jednak dalej w stronę Dęblina. Rosjanie odpuszczają.

Uszkodzone samoloty bez większych problemów dolatują w okolice Zawitały oraz Borek ciągnąc za sobą warkocz czarnego dymu z uszkodzonych silników. Nagle w jednej z maszyn przestaje działać drugi silnik. Samolot zaczyna tracić wysokość schodząc lotem szybowcowym do ziemi. Nad lasem w okolicy Bazanowa pilot stara się ze wszystkich sił, żeby maszyna nie runęła na zabudowania.  Na szczęście udaje mu się jakimś cudem wyprowadzić samolot na pola. Wrak uderza o ziemię koło Ogonowa grzebiąc załogę w swych szczątkach.

Utrudniona akcja ratunkowa

Miejsce upadku znaczy wstęga czarnego dymu widoczna z odległości kilku kilometrów. Na miejscu pojawiają się niemieccy żołnierze z garnizonu w Ułężu. Otoczyli teren katastrofy nie dopuszczając mieszkańców. Żołnierze łopatami i piachem próbują gasić ogień. Jednak wybuchająca amunicja strzelecka skutecznie im to uniemożliwia. Gdy ucichły wybuchy Niemcy ściągają na miejsce straż pożarną, która dość szybko gasi palący się jeszcze samolot.

W między czasie na miejscu pojawiają się samochody ciężarowe z żołnierzami i jeńcami, dwa auta z oficerami i w końcu ambulans z lekarzem wojskowym na pokładzie.

Do wozu Niemcy ładują spalone zwłoki załogi, której część, jak się okazało, zabiły radzieckie myśliwce podczas ataku. W chwili uderzenia w ziemię nie żyło dwóch z czterech żołnierzy. Niemcy zwłoki wywożą w nieznanym kierunku. Potem każą jeńcom uprzątnąć szczątki samolotu. Zbierają i ładują blachy z poszycia rozbitego samolotu. Sprzątanie trwa przez dwa tygodnie.
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo TwojGlos




Reklama
Najnowsze wiadomości