Jest rok 1944. Na lotnisko w Dęblinie z frontu wschodniego zostaje przebazowany szwadron bojowy składający się z bombowców typu Junkers. Jednostka ma wkrótce brać udział w powstrzymywaniu natarcia wojsk radzieckich na zachód. Ma bombardować miejsca koncentracji wojsk, szlaki kolejowe i drogowe oraz mosty na Bugu, a także miasta i wsie na Ukrainie, Białorusi i Litwie. 18 czerwca 1944 załoga dostaje pilny rozkaz natychmiastowego nalotu na mosty na Bugu. Chodziło o odcięcie Rosjanom możliwości przerzucenia posiłków.
Na lotnisku mechanicy tankują do pełna 10 samolotów, które mają tego dnia lecieć na misje. Do ich komór bombowych żołnierze ładują bomby burzące o wadze 1000 i 500 kilogramów. Jest 9., kiedy do samolotów podjeżdżają ciężarówki z czteroosobowymi załogami w składzie pilot, nawigator - bombardier i dwóch strzelców pokładowych. 45 minut później pierwsze samoloty wzbijają się w powietrze. Zaraz dołączają kolejne. Wszystkie formują szyk bojowy i obierają kurs na cel ataku.
Zestrzeleni i trafieni
Po około 35 minutach lotu maszyny nadlatują nad cel. Nagle odzywa się radziecka artyleria przeciwlotnicza, która strzela gęsto i celnie. Od razu 3 samoloty niemieckie zostają trafione. Nie zdążyły nawet zrzucić bomb. Wraki spadają na ziemie grzebiąc załogi.
Dwa następne zostają trafione i lekko uszkodzone w kadłub. Mimo to zrzucają bomby i jak pozostałe obierają kurs powrotny do Dęblina. Kiedy artyleria ucichła na niebie pojawia się sześć myśliwców typu Jakowlew. Od razu przystępują do ataku. Uszkadzają jeden silnik w samolocie niemieckiego dowódcy. Trafiają też dwie inne maszyny napastników. Załogom udaje się ugasić ogień. Na jednym silniku lecą jednak dalej w stronę Dęblina. Rosjanie odpuszczają.
Uszkodzone samoloty bez większych problemów dolatują w okolice Zawitały oraz Borek ciągnąc za sobą warkocz czarnego dymu z uszkodzonych silników. Nagle w jednej z maszyn przestaje działać drugi silnik. Samolot zaczyna tracić wysokość schodząc lotem szybowcowym do ziemi. Nad lasem w okolicy Bazanowa pilot stara się ze wszystkich sił, żeby maszyna nie runęła na zabudowania. Na szczęście udaje mu się jakimś cudem wyprowadzić samolot na pola. Wrak uderza o ziemię koło Ogonowa grzebiąc załogę w swych szczątkach.
Utrudniona akcja ratunkowa
Miejsce upadku znaczy wstęga czarnego dymu widoczna z odległości kilku kilometrów. Na miejscu pojawiają się niemieccy żołnierze z garnizonu w Ułężu. Otoczyli teren katastrofy nie dopuszczając mieszkańców. Żołnierze łopatami i piachem próbują gasić ogień. Jednak wybuchająca amunicja strzelecka skutecznie im to uniemożliwia. Gdy ucichły wybuchy Niemcy ściągają na miejsce straż pożarną, która dość szybko gasi palący się jeszcze samolot.
W między czasie na miejscu pojawiają się samochody ciężarowe z żołnierzami i jeńcami, dwa auta z oficerami i w końcu ambulans z lekarzem wojskowym na pokładzie.
Do wozu Niemcy ładują spalone zwłoki załogi, której część, jak się okazało, zabiły radzieckie myśliwce podczas ataku. W chwili uderzenia w ziemię nie żyło dwóch z czterech żołnierzy. Niemcy zwłoki wywożą w nieznanym kierunku. Potem każą jeńcom uprzątnąć szczątki samolotu. Zbierają i ładują blachy z poszycia rozbitego samolotu. Sprzątanie trwa przez dwa tygodnie.
Komentarze