- Spaliśmy na asfaltowej posadce. Zdejmowało się tylko buty i owijacze, wkładając je do worka, czyli ruskiego plecaka, który służył za poduszkę - opowiada pan Roman
Roman Marcinkiewicz, jeden z najstarszych członków Dęblińskiego Oddziału Stowarzyszenia Seniorów Lotnictwa Wojskowego wspomina pobyt w szkole lotniczej w Zamościu.
Kasza w menażkach
12 grudnia 1944 r. ogłoszono, że wyjeżdżamy do szkoły lotniczej. Mnożyły się pogłoski, że wyjeżdżamy do Rosji. Z dworca w Lublinie wyjechaliśmy w wagonach towarowych w kierunku południowo-wschodnim. Dłuższy postój był w Rejowcu. Stacja była całkowicie zniszczona. Mieliśmy okazję ugotować sobie kaszę w menażkach. Wystarczyło ułożyć dwie cegły, rozpalić między nimi ogień i umieścić menażkę z wodą oraz kostkami kaszy. W budce obok, czyli sklepiku, można było kupić kawę zbożową i pieczywo płacąc rublami lub "złotymi emisyjnymi" z okresu okupacji. Gdy transport ruszył w dalszą drogę, nie byliśmy pewni, że zostaniemy w Polsce. I oto na horyzoncie ukazała się wieża spadochronowa i zabudowania Zamościa.
Worek jako poduszka, płaszcz jako kołdra
Przemaszerowaliśmy przez miasto i dotarliśmy do koszar zbudowanych jeszcze "za cara". Dla mojej kompanii wyznaczono pomieszczenia na pierwszym piętrze koszarowca. Były tam tylko dwie sale z drzwiami przeznaczone na kancelarię. Resztę stanowiły obszerne wnęki. Zamiast podłogi była posadzka przypominająca asfalt. We wnękach znajdowały się okrągłe, murowane piece otoczone blachą. W każdej kwaterował jeden pluton. Przez pierwsze noce spaliśmy bezpośrednio na asfaltowej posadce. Zdejmowało się tylko buty i owijacze, wkładając je do worka, czyli ruskiego plecaka, który służył za poduszkę. W płaszczu zapinało się na guzki tylko rozporek. Nogi wkładało się do rękawów płaszcza, a następnie cały korpus ciała owijało się płaszczem dookoła, aby się potem ułożyć na posadce. Zima była wtedy śnieżna i mroźna. Aby polepszyć warunki spania, przełożeni doszli do wniosku, że wojsko tak dłużej nie wytrzyma. Udało się zbić prowizoryczne łóżka zrobione z tataraku.
Batalion lotniczy (piloci i nawigatorzy) miał na wyposażeniu drewniane łóżka piętrowe, przywiezione chyba z Majdanka. Wszyscy żołnierze byli "zawszeni". Nie pomógł system wkładania umundurowania do pieców z gorącym powietrzem i wymiany bielizny podczas kąpieli. Na początku roku 1945 zbudowaliśmy sami zbiorowe prycze dla całego plutonu. Otrzymaliśmy sienniki, koce i dwa prześcieradła.
17 stycznia 1945 r., w dzień wyzwolenia Warszawy, złożyliśmy przysięgę i staliśmy się prawdziwymi żołnierzami. W dalszym ciągu uczestniczyliśmy w pracach przygotowawczych do rozpoczęcia szkolenia. Spośród nas wyszukano zdolnych kreślarzy, którzy sporządzali schematy i wykresy niezbędne do szkolenia. Zebrano także ślusarzy, stolarzy do sporządzenia pomocy naukowych. W styczniu 1945 r. szkołę odwiedził gen. Zawadzki. Przedstawił nam nowego komendanta gen. Józefa Smagę.
Na lotnisku Mokre bazował sowiecki pułk bombowców dalekiego zasięgu, wyposażony w samoloty Jł-4. Te samoloty wylatywały wieczorem z podwieszonymi bombami i wracały z akcji około północy. Miałem też okazję zobaczyć amerykański czterosilnikowy bombowiec "Liberator", który prawdopodobnie musiał lądować przymusowo w wyniku ostrzelania przez sowiecką obronę przeciwlotniczą.
Już w styczniu 1945 r. przygotowana została baza szkoleniowa dla batalionu lotniczego, a dla batalionu technicznego na początku lutego. Naszym batalionem technicznym dowodził Rosjanin mjr Bojczuk. Znalazłem się w drugiej kompanii. Trafiłem na grupę nr 18 skupiającą przyszłych mechaników lotniczych nurkującego Pe-2. Szkolenie teoretyczne prowadzili Rosjanie. Większość z nas pochodziła z Kresów i rosyjski znaliśmy dobrze. Ważniejsze zdania z wykładów tłumaczyliśmy na język polski i zapisywaliśmy w zeszytach. Tu wystąpiły poważne trudności: rosyjska terminologa techniczna i matematyczna zawiera szereg słów pochodzenia francuskiego i angielskiego.
Obiad i wódka na koniec wojny
W kwietniu 1945 r. nastąpił podział Zjednoczonej Szkoły Lotniczo-Technicznej WP na dwie. Wojskowa Szkoła Lotnicza została przeniesiona do Dęblina, której komendantem został gen. Smaga, a Techniczna Szkoła Lotnicza pozostała w Zamościu. Komendantem TSL został płk. Bielikow, a szefem sztabu płk. Naganow. W maju 1945 r. TSL świętowała zakończenie drugiej wojny światowej. Przygotowano dla nas wspaniały obiad z wódką.
W sierpniu 1945 r. Techniczna Szkoła Lotnicza przygotowywała się do przebazowania do Warszawy Bemowo. Samoloty ze szkolnego lotniska musieliśmy częściowo demontować i umieszczać na wagonach. Transport kolejowy ze sprzętem wyruszył z Zamościa przez Lublin - Radom do Warszawy Zachodniej.
Komentarze