Reklama

Zamach na kata Dęblina (cz. II)

26/08/2015 00:00
19 czerwca 1944 Tadeusza Marczaka wezwano do gminy. Niemcy poinformowali go, że następnego dnia o 6. rano ma stawić się przed budynkiem żandarmerii. - Miałem poczucie, że tym razem akcja się uda. Siadłem na konia i pojechałem do Stężycy. Musiałem zdążyć przed godziną policyjną - wspomina dorożkarz.

Marczak odnalazł Jońskiego ps. "Barzycki", który w konspiracji działał od 1940 r. Miał na swoim koncie akcje wymontowywania karabinów z samolotów Luftwaffe na lotnisku w Dęblinie. Od 1943 roku był w oddziale "Zagończyka". Joński zawiadomił dowódcę. Ten wysłał instrukcję do Marczaka, jak ma zachować się w czasie zamachu. - Od razu założyłem, że Tadeusza będziemy chronić. Powiedziałem mu, że kiedy padną strzały ma skoczyć do rowu i się kryć. A jak nie zdąży, nich chowa się za konia. Nie wolno mu było uciekać z dorożki - opowiadał współtowarzyszom "Zagończyk".

Przed wieczorem "Barzycki" dotarł do oddziału, który stacjonował na koloni Brzeziny. "Zagończyk" siedział właśnie przed domem z grupą kompanów. Obok niego była "Oleńka". - Komendancie szykuje się jutro duża robota - zameldował Joński. - "Zagon" wstał i zabrał mnie do mieszkania. Przekazałem mu meldunek - opowiada Joński.

Ze śmiercią na kołnierzu

O 5:45 Marczak podjechał powozem pod budynek żandarmerii na ul. Warszawskiej w Dęblinie.

- Jechałem wtedy ze śmiercią na kołnierzu - wspomina. - Musiałem być spokojny i opanowany, żeby nie wzbudzić podejrzenia wśród Niemców. Wiedziałem, że mogę zginąć. Byłem jednak zdecydowany na wszystko - mówi dorożkarz. Punktualnie o 6. Peterson wyszedł z budynku. Rzucił okiem na powóz. Razem z nim jechało dwóch żandarmów i jeden granatowy policjant. Koń ruszył galopem w stronę Moszczanki. Peterson lubił takie przejażdżki. Pod górą koło cmentarza kazał zatrzymać powóz. Zszedł na prawą stronę z jednym żandarmem. Pozostali poszli lewą stroną. Z odbezpieczonymi automatami bacznie obserwowali skraj lasu. Zachowanie Petersona zdziwiło Marczaka. Wcześniej nie widział takiego postępowania. Czyżby coś czuł lub wiedział?

Dorożkarz nie miał pojęcia, kiedy i gdzie zaatakują partyzanci. - Rozglądałem się na wszystkie strony. Byłem spięty. Czekałem na pierwsze strzały. Nie bałem się. Ufałem kolegom - opowiada.

Niemcy wsiedli do dorożki i kazali jechać dalej. Przed 7. rozpoczęli kontrolę, a Marczaka odesłali z powrotem. Na skrzyżowaniu w Moszczance stał już opel i czterech kolejnych żołnierzy. Dorożkarz miał ponownie przyjechać po Petersona o 15. Wracając zastanawiał się, dlaczego "Zagończyk" zrezygnował z zamachu i jak dać znać do oddziału, że Niemców jest więcej. Nie było jednak takiej możliwości.

 "Kto pójdzie na Petersona?"

Wydarzenia tego dnia zapamiętali: "Jawa" - por. Marian Szeliga, "Barzycki" i "Szarek" - por. Tadeusz Szarzyński. Po śniadaniu "Zagończyk" zebrał oddział i poinformował o zadaniu. - Dziś biorę samych ochotników. Kto pójdzie ze mną na rozwalenie Petersona? - zwrócił się do żołnierzy. Wyszli wtedy wszyscy zdrowi. Każdy chciał brać udział w akcji. Mieli bowiem osobiste porachunki z "katem". To z jego ręki ginęli ich bliscy i przyjaciele. "Zagon" wybrał najbardziej doświadczonych. W grupie znaleźli się: "Oleńka" - Zofia Wojciechowska, "Dziadek" - Kazimierz Wojciechowski, "Czart" - Józef Pasek, "Barzycki" - Władysław Joński, "Jeleń" - Jurek Woliński, "Pan Jan" - Jan Gawroński, "Gryf" - Jan Wojciechowski, "Szarak" - Tadeusz Szarzyński, "Kruk" - Lolek Zdybicki, "Murzyn" - Jan Stobnicki, "N" - Bogdan Jakubicki oraz "Zagończyk" - Jerzy Jaskólski.

Z przygotowań wynika, że już od początku dowódca był przygotowany na to, żeby uderzyć popołudniu. Miejsce zamachu i jego przebieg miały być określone po rozpoznaniu terenu.

Oprócz automatów partyzanci zabrali ze sobą 4 ręczne karabiny maszynowe. Grupa przeszła przez Julin, a potem przez łany zboża do gajówki Lisowskiego na Krasnoglinach. "Zagon" wziął ze sobą dwóch ludzi i poszedł na rozpoznanie.

Najlepszym miejscem do przeprowadzenia zamachu zdawało się być to w pobliżu bocznej bramy do Stawów. Znajdowało się tam nieduże wzniesienie tuż przy drodze, zarośnięte młodnikiem.

Podczas rozpoznania partyzanci zauważyli dwóch wartowników w odległości ok. 100 metrów. Mieli oni łączność z dowództwem składnicy amunicji. Niemcy mieli tam silną obsadę. "Zagończyk" uważał, że na tym odcinku Peterson będzie czuł się pewnie. Akcja musiała być błyskawiczna.

Dowódca rozdzielił zadania. "Oleńka" miała zabezpieczać tyły i nie dopuszczać nikogo w czasie oczekiwania oddziału. Po środku wzniesienia dowódca wyznaczył miejsce dla siebie. Po lewej stronie pozycję dla "Szaraka" i "Kruka". Po prawej dla "Gryfa" i "Czarta". Dwa rkm-y były ustawione w środku pozycji. Po jednym na początku i końcu odcinka.

"Byłem pewny, że go rozwalą"

Główne zadanie miała załoga rkm-ów. Mieli otworzyć ogień kiedy dorożka z Petersonem znajdzie się na ich wysokości. "Szarak" miał sprowokować kata, aby ten opuścił powóz. Partyzanci mieli za wszelką cenę oszczędzić Marczaka. Oddział zajął pozycje tuż przed godz. 15.

Marczak: - Około 16. wyjechałem z krzyżówek z Petersonem i trzema żandarmami. Widziałem, jak Niemcy przygotowują opla do drogi. Nie spieszyli się. Ruszyliśmy galopem. Nagle Peterson kazał się zatrzymać i pobiegł za psem na pole. Nazrywał duży pęk chabrów. Pomyślałem sobie: urwałeś sobie kwiaty na wianek. Byłem pewny, że na górze go rozwalą.

Dorożkę partyzanci obserwowali z daleka. Gdy się zbliżyła zobaczyli Petersona rozpartego na tylnym siedzeniu. Żandarmi siedzieli naprzeciw. Granatowy policjant był obok Marczaka na koźle.

"Szarak" podniósł się. Był w mundurze polskiego żołnierza z 39 r. Peterson zauważył go i zerwał na równe nogi. - "Banditen" - krzykną. Zeskoczył z powozu i zaczął biec w kierunku lasu. Za nim ruszył jego pies. Pokonał ok. 15 metrów. Gdy był na skraju drogi zauważył partyzantów. Zawrócił w kierunku Moszczanki. Biegł równolegle do pozycji partyzantów.

"Szarak": - W tym momencie się przymierzyłem i pociągnąłem za spust. Wiedziałem, że pocisk przebije pancerną koszulę. Padł strzał. Peterson zachwiał się. Zwolnił bieg i upadł. Po chwili wstał do pozycji klęczącej. Mimo ran nadal był groźny.

Żandarmi skoczyli do rowu i zajęli pozycje strzeleckie. Ogień polskich rkm-ów zmusił ich do milczenia. Z bocznego rkm-u został trafiony pies. Peterson został sam na skraju drogi. Żył. Trzymał w ręku automat. Podbiegł do niego "Gryf" (17-latek, najmłodszy w oddziale) i z metra oddał dwie serie.

Jadąca za Petersonem obstawa nie zdążyła zareagować. - Nasz ogień zastopował żandarmów i biegnących za drutami wartowników  - mówi "Barzycki". - Leżeliśmy jeszcze przez chwilę patrząc, czy Peterson się nie rusza. Potem "Zagon" dał sygnał do odwrotu - kończy.

Ubogie archiwa

Materiały archiwalne dotyczących zamachu na kata Dęblina są ubogie. W meldunku z oddziału "Zagończyka" podano jedynie: "Żyto. L.1915/III z dn. 13.VII.1944.Wcg.B.nr. 9 - punkt 1a. Zlikwidowano 6 osób za pisanie anonimów do żandarmerii, 1 żandarma (Peterson) i 4 bandytów. Na Petersonie zdobyto 1 pm i 1 Parabelum".

Podziękowania

"Twój Głos" dziękuje za pomoc w realizacji materiału Państwu Jadwidze i Tadeuszowi Biały z Puław. Powyższy artykuł ukazał się w gazecie "Perspektywy" numer 44 (939) 30 października 1987 roku.

O autorze

Płk Tadeusz Krząstek - historyk, dokumentalista, wykładowca, nawigator stanowisk dowodzenia. Urodził się 28 października 1953 roku w Dęblinie. W latach 1960-1968 uczęszczał do Szkoły Podstawowej nr 2 im. W. Broniewskiego, a następnie do Technikum Mechanicznego nr 119 w Dęblinie. Po jego ukończeniu wstąpił do Wyższej Oficerskiej Szkoły Lotniczej w Dęblinie. Będąc jeszcze podchorążym WOSL w 1975 roku podjął zaocznie studia historyczne na UMCS w Lublinie. Aktualnie pracuje jako wykładowca Studium Europy Wschodniej na Uniwersytecie Warszawskim.
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo TwojGlos




Reklama
Najnowsze wiadomości