19 czerwca 1944 Tadeusza Marczaka wezwano do gminy. Niemcy poinformowali go, że następnego dnia o 6. rano ma stawić się przed budynkiem żandarmerii. - Miałem poczucie, że tym razem akcja się uda. Siadłem na konia i pojechałem do Stężycy. Musiałem zdążyć przed godziną policyjną - wspomina dorożkarz.
Marczak odnalazł Jońskiego ps. "Barzycki", który w konspiracji działał od 1940 r. Miał na swoim koncie akcje wymontowywania karabinów z samolotów Luftwaffe na lotnisku w Dęblinie. Od 1943 roku był w oddziale "Zagończyka". Joński zawiadomił dowódcę. Ten wysłał instrukcję do Marczaka, jak ma zachować się w czasie zamachu. - Od razu założyłem, że Tadeusza będziemy chronić. Powiedziałem mu, że kiedy padną strzały ma skoczyć do rowu i się kryć. A jak nie zdąży, nich chowa się za konia. Nie wolno mu było uciekać z dorożki - opowiadał współtowarzyszom "Zagończyk".
Przed wieczorem "Barzycki" dotarł do oddziału, który stacjonował na koloni Brzeziny. "Zagończyk" siedział właśnie przed domem z grupą kompanów. Obok niego była "Oleńka". - Komendancie szykuje się jutro duża robota - zameldował Joński. - "Zagon" wstał i zabrał mnie do mieszkania. Przekazałem mu meldunek - opowiada Joński.
Ze śmiercią na kołnierzu
O 5:45 Marczak podjechał powozem pod budynek żandarmerii na ul. Warszawskiej w Dęblinie.
- Jechałem wtedy ze śmiercią na kołnierzu - wspomina. - Musiałem być spokojny i opanowany, żeby nie wzbudzić podejrzenia wśród Niemców. Wiedziałem, że mogę zginąć. Byłem jednak zdecydowany na wszystko - mówi dorożkarz. Punktualnie o 6. Peterson wyszedł z budynku. Rzucił okiem na powóz. Razem z nim jechało dwóch żandarmów i jeden granatowy policjant. Koń ruszył galopem w stronę Moszczanki. Peterson lubił takie przejażdżki. Pod górą koło cmentarza kazał zatrzymać powóz. Zszedł na prawą stronę z jednym żandarmem. Pozostali poszli lewą stroną. Z odbezpieczonymi automatami bacznie obserwowali skraj lasu. Zachowanie Petersona zdziwiło Marczaka. Wcześniej nie widział takiego postępowania. Czyżby coś czuł lub wiedział?
Dorożkarz nie miał pojęcia, kiedy i gdzie zaatakują partyzanci. - Rozglądałem się na wszystkie strony. Byłem spięty. Czekałem na pierwsze strzały. Nie bałem się. Ufałem kolegom - opowiada.
Niemcy wsiedli do dorożki i kazali jechać dalej. Przed 7. rozpoczęli kontrolę, a Marczaka odesłali z powrotem. Na skrzyżowaniu w Moszczance stał już opel i czterech kolejnych żołnierzy. Dorożkarz miał ponownie przyjechać po Petersona o 15. Wracając zastanawiał się, dlaczego "Zagończyk" zrezygnował z zamachu i jak dać znać do oddziału, że Niemców jest więcej. Nie było jednak takiej możliwości.
"Kto pójdzie na Petersona?"
Wydarzenia tego dnia zapamiętali: "Jawa" - por. Marian Szeliga, "Barzycki" i "Szarek" - por. Tadeusz Szarzyński. Po śniadaniu "Zagończyk" zebrał oddział i poinformował o zadaniu. - Dziś biorę samych ochotników. Kto pójdzie ze mną na rozwalenie Petersona? - zwrócił się do żołnierzy. Wyszli wtedy wszyscy zdrowi. Każdy chciał brać udział w akcji. Mieli bowiem osobiste porachunki z "katem". To z jego ręki ginęli ich bliscy i przyjaciele. "Zagon" wybrał najbardziej doświadczonych. W grupie znaleźli się: "Oleńka" - Zofia Wojciechowska, "Dziadek" - Kazimierz Wojciechowski, "Czart" - Józef Pasek, "Barzycki" - Władysław Joński, "Jeleń" - Jurek Woliński, "Pan Jan" - Jan Gawroński, "Gryf" - Jan Wojciechowski, "Szarak" - Tadeusz Szarzyński, "Kruk" - Lolek Zdybicki, "Murzyn" - Jan Stobnicki, "N" - Bogdan Jakubicki oraz "Zagończyk" - Jerzy Jaskólski.
Z przygotowań wynika, że już od początku dowódca był przygotowany na to, żeby uderzyć popołudniu. Miejsce zamachu i jego przebieg miały być określone po rozpoznaniu terenu.
Oprócz automatów partyzanci zabrali ze sobą 4 ręczne karabiny maszynowe. Grupa przeszła przez Julin, a potem przez łany zboża do gajówki Lisowskiego na Krasnoglinach. "Zagon" wziął ze sobą dwóch ludzi i poszedł na rozpoznanie.
Najlepszym miejscem do przeprowadzenia zamachu zdawało się być to w pobliżu bocznej bramy do Stawów. Znajdowało się tam nieduże wzniesienie tuż przy drodze, zarośnięte młodnikiem.
Podczas rozpoznania partyzanci zauważyli dwóch wartowników w odległości ok. 100 metrów. Mieli oni łączność z dowództwem składnicy amunicji. Niemcy mieli tam silną obsadę. "Zagończyk" uważał, że na tym odcinku Peterson będzie czuł się pewnie. Akcja musiała być błyskawiczna.
Dowódca rozdzielił zadania. "Oleńka" miała zabezpieczać tyły i nie dopuszczać nikogo w czasie oczekiwania oddziału. Po środku wzniesienia dowódca wyznaczył miejsce dla siebie. Po lewej stronie pozycję dla "Szaraka" i "Kruka". Po prawej dla "Gryfa" i "Czarta". Dwa rkm-y były ustawione w środku pozycji. Po jednym na początku i końcu odcinka.
"Byłem pewny, że go rozwalą"
Główne zadanie miała załoga rkm-ów. Mieli otworzyć ogień kiedy dorożka z Petersonem znajdzie się na ich wysokości. "Szarak" miał sprowokować kata, aby ten opuścił powóz. Partyzanci mieli za wszelką cenę oszczędzić Marczaka. Oddział zajął pozycje tuż przed godz. 15.
Marczak: - Około 16. wyjechałem z krzyżówek z Petersonem i trzema żandarmami. Widziałem, jak Niemcy przygotowują opla do drogi. Nie spieszyli się. Ruszyliśmy galopem. Nagle Peterson kazał się zatrzymać i pobiegł za psem na pole. Nazrywał duży pęk chabrów. Pomyślałem sobie: urwałeś sobie kwiaty na wianek. Byłem pewny, że na górze go rozwalą.
Dorożkę partyzanci obserwowali z daleka. Gdy się zbliżyła zobaczyli Petersona rozpartego na tylnym siedzeniu. Żandarmi siedzieli naprzeciw. Granatowy policjant był obok Marczaka na koźle.
"Szarak" podniósł się. Był w mundurze polskiego żołnierza z 39 r. Peterson zauważył go i zerwał na równe nogi. - "Banditen" - krzykną. Zeskoczył z powozu i zaczął biec w kierunku lasu. Za nim ruszył jego pies. Pokonał ok. 15 metrów. Gdy był na skraju drogi zauważył partyzantów. Zawrócił w kierunku Moszczanki. Biegł równolegle do pozycji partyzantów.
"Szarak": - W tym momencie się przymierzyłem i pociągnąłem za spust. Wiedziałem, że pocisk przebije pancerną koszulę. Padł strzał. Peterson zachwiał się. Zwolnił bieg i upadł. Po chwili wstał do pozycji klęczącej. Mimo ran nadal był groźny.
Żandarmi skoczyli do rowu i zajęli pozycje strzeleckie. Ogień polskich rkm-ów zmusił ich do milczenia. Z bocznego rkm-u został trafiony pies. Peterson został sam na skraju drogi. Żył. Trzymał w ręku automat. Podbiegł do niego "Gryf" (17-latek, najmłodszy w oddziale) i z metra oddał dwie serie.
Jadąca za Petersonem obstawa nie zdążyła zareagować. - Nasz ogień zastopował żandarmów i biegnących za drutami wartowników - mówi "Barzycki". - Leżeliśmy jeszcze przez chwilę patrząc, czy Peterson się nie rusza. Potem "Zagon" dał sygnał do odwrotu - kończy.
Ubogie archiwa
Materiały archiwalne dotyczących zamachu na kata Dęblina są ubogie. W meldunku z oddziału "Zagończyka" podano jedynie: "Żyto. L.1915/III z dn. 13.VII.1944.Wcg.B.nr. 9 - punkt 1a. Zlikwidowano 6 osób za pisanie anonimów do żandarmerii, 1 żandarma (Peterson) i 4 bandytów. Na Petersonie zdobyto 1 pm i 1 Parabelum".
Podziękowania
"Twój Głos" dziękuje za pomoc w realizacji materiału Państwu Jadwidze i Tadeuszowi Biały z Puław. Powyższy artykuł ukazał się w gazecie "Perspektywy" numer 44 (939) 30 października 1987 roku.
O autorze
Płk Tadeusz Krząstek - historyk, dokumentalista, wykładowca, nawigator stanowisk dowodzenia. Urodził się 28 października 1953 roku w Dęblinie. W latach 1960-1968 uczęszczał do Szkoły Podstawowej nr 2 im. W. Broniewskiego, a następnie do Technikum Mechanicznego nr 119 w Dęblinie. Po jego ukończeniu wstąpił do Wyższej Oficerskiej Szkoły Lotniczej w Dęblinie. Będąc jeszcze podchorążym WOSL w 1975 roku podjął zaocznie studia historyczne na UMCS w Lublinie. Aktualnie pracuje jako wykładowca Studium Europy Wschodniej na Uniwersytecie Warszawskim.
Komentarze