Reklama

Na Wigilii tarte pyzy były zawsze najlepsze

22/12/2015 23:00
Mieszkańcy Gozda postanowili podzielić się z Czytelnikami "Twojego Głosu" opowieścią o tym, jak przed i w czasie II wojny światowej na naszych terenach obchodziło się święta Bożego Narodzenia. Pan Jan ma 84 lata, jego żona 81. Oboje wspominają, że Wigilia w ich rodzinnych domach była skromna. Wszystkie produkty potrzebne do przygotowania potraw pochodziły z własnej produkcji. - W naszych domach królowały kasze, pyzy o podłużnym lub kulistym kształcie. Były nadziewane grochem albo kapustą. Wszystko smażone na oleju domowej produkcji. Robiło się go z rzepaku lub siemienia lnianego - opowiada Jan Stępiński. Karpia na wigilijnym stole spotykało się rzadko. - Tylko jacyś możni mogli sobie na to pozwolić - wtrąca pani Wienia. Do picia był kompot z suszonych owoców: śliwek, jabłek i gruszek.

Małżonkowie zgodnie wspominają, że świętą tradycją podczas Wigilii było spożywanie sianka. Jan Stępiński: - Gospodarz przynosił siano, które kładło się na stole pod obrusem. Ten był zazwyczaj lniany. Na to stawiało się na talerzu lub w koszyku opatek i świeczkę. Moi dziadkowie jeszcze opowiadali, że tradycja nakazywała, żeby mały kawalątek tego sianka połknąć.

Pani Wieńczysława: - Każdy musiał spróbować. Bo Pan Jezus urodził się na sianku .

Wigilijne przygotowania

Jako dzieci pani Wieńczysława i pan Jan przed Wigilią mieli zawsze dużo obowiązków. Nikt się nie lenił. - Trzeba było ziemniaki obierać, potem je zetrzeć, albo łuskać groch. Musiałem matce drzewa przynieść. Do pieca dołożyć - opowiada Stępiński.

Pani Wienia z kolei pomagała przy pieczeniu ciast. - Nie mogłam się doczekać, kiedy mama będzie to szykowała - mówi 81-latka. Wspomina, jak foremkami formowała ciasto w serduszka i gwiazdki. Wypieki przygotowywało się w piecach chlebowych. W każdym domu była kuchnia kaflowa ze specjalnie przygotowaną i uformowaną półką. Tam na liściach chrzanowych kładło się ciasto do pieczenia. Pani Stępińska wspomina też, jak pomagała w robieniu ozdób choinkowych. Drzewko zawsze z lasu przynosił tata lub brat. Przeważnie był to świerk. Choinkę ubierało się na krótko przed Wigilią. Na gałązkach wisiały domowe dekoracje z kolorowego papieru lub słomy. - Robiło się jeszcze aniołki z bibuły, albo "dziadka" z wydmuszki. Doklejałem mu wąsy, rysowałem buzię - wtrąca pan Jan.

Wolne miejsce przy stole

24 grudnia w kuchni od rana był gwar. O tej porze w domu rodzinnym pani Wieni szykowało się wszystkie potrawy. Pani Stępińska z domu Długaszek mieszkała wtedy z rodzicami (Janem i Stanisławą) oraz bratem Henrykiem. Jan Stępiński miał dwoje rodzeństwa. Siostrę Leokadię i brata Eugeniusza. Mieszkała z nimi jeszcze ciocia, a na Wigilię jego rodzice zapraszali jeszcze samotnie mieszkających sąsiadów. Obowiązkowo w każdym domu gospodarze zostawiali przy wigilijnym stole wolne miejsce i pusty talerz. Wszystko to dla zagubionego wędrowca.

- Ja najbardziej na wieczerzy lubiłem pyzy. Te tarte to był przysmak - mówi Jan Stępiński. - Kiedyś to każda potrawa była ulubiona. Wszystko się zajadało. Nie było tyle chemii co teraz - przyznaje pani Wienia. Po Wigilii domownicy udawali się na pasterkę.

W gospodarstwie

Tradycją bożonarodzeniową były też obrzędy związane z pracami gospodarskimi. Jeden z nich polegał na tym, że domownicy częstowali opłatkiem zwierzęta: krowy, konie, kury, koty i czworonogi. - Ten opłatek dawało się pierwszego dnia świąt. On miał zawsze jakiś kolor. Albo zielony, albo żółty - wspomina nasza rozmówczyni. Opłatek kruszyło się i dodawało do innych potraw wigilijnych podawanych zwierzętom. Dostawały one też siano ze świątecznego stołu.

 
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo TwojGlos




Reklama
Najnowsze wiadomości