Mieszkańcy Gozda postanowili podzielić się z Czytelnikami "Twojego Głosu" opowieścią o tym, jak przed i w czasie II wojny światowej na naszych terenach obchodziło się święta Bożego Narodzenia. Pan Jan ma 84 lata, jego żona 81. Oboje wspominają, że Wigilia w ich rodzinnych domach była skromna. Wszystkie produkty potrzebne do przygotowania potraw pochodziły z własnej produkcji. - W naszych domach królowały kasze, pyzy o podłużnym lub kulistym kształcie. Były nadziewane grochem albo kapustą. Wszystko smażone na oleju domowej produkcji. Robiło się go z rzepaku lub siemienia lnianego - opowiada Jan Stępiński. Karpia na wigilijnym stole spotykało się rzadko. - Tylko jacyś możni mogli sobie na to pozwolić - wtrąca pani Wienia. Do picia był kompot z suszonych owoców: śliwek, jabłek i gruszek.
Małżonkowie zgodnie wspominają, że świętą tradycją podczas Wigilii było spożywanie sianka. Jan Stępiński: - Gospodarz przynosił siano, które kładło się na stole pod obrusem. Ten był zazwyczaj lniany. Na to stawiało się na talerzu lub w koszyku opatek i świeczkę. Moi dziadkowie jeszcze opowiadali, że tradycja nakazywała, żeby mały kawalątek tego sianka połknąć.
Pani Wieńczysława: - Każdy musiał spróbować. Bo Pan Jezus urodził się na sianku .
Wigilijne przygotowania
Jako dzieci pani Wieńczysława i pan Jan przed Wigilią mieli zawsze dużo obowiązków. Nikt się nie lenił. - Trzeba było ziemniaki obierać, potem je zetrzeć, albo łuskać groch. Musiałem matce drzewa przynieść. Do pieca dołożyć - opowiada Stępiński.
Pani Wienia z kolei pomagała przy pieczeniu ciast. - Nie mogłam się doczekać, kiedy mama będzie to szykowała - mówi 81-latka. Wspomina, jak foremkami formowała ciasto w serduszka i gwiazdki. Wypieki przygotowywało się w piecach chlebowych. W każdym domu była kuchnia kaflowa ze specjalnie przygotowaną i uformowaną półką. Tam na liściach chrzanowych kładło się ciasto do pieczenia. Pani Stępińska wspomina też, jak pomagała w robieniu ozdób choinkowych. Drzewko zawsze z lasu przynosił tata lub brat. Przeważnie był to świerk. Choinkę ubierało się na krótko przed Wigilią. Na gałązkach wisiały domowe dekoracje z kolorowego papieru lub słomy. - Robiło się jeszcze aniołki z bibuły, albo "dziadka" z wydmuszki. Doklejałem mu wąsy, rysowałem buzię - wtrąca pan Jan.
Wolne miejsce przy stole
24 grudnia w kuchni od rana był gwar. O tej porze w domu rodzinnym pani Wieni szykowało się wszystkie potrawy. Pani Stępińska z domu Długaszek mieszkała wtedy z rodzicami (Janem i Stanisławą) oraz bratem Henrykiem. Jan Stępiński miał dwoje rodzeństwa. Siostrę Leokadię i brata Eugeniusza. Mieszkała z nimi jeszcze ciocia, a na Wigilię jego rodzice zapraszali jeszcze samotnie mieszkających sąsiadów. Obowiązkowo w każdym domu gospodarze zostawiali przy wigilijnym stole wolne miejsce i pusty talerz. Wszystko to dla zagubionego wędrowca.
- Ja najbardziej na wieczerzy lubiłem pyzy. Te tarte to był przysmak - mówi Jan Stępiński. - Kiedyś to każda potrawa była ulubiona. Wszystko się zajadało. Nie było tyle chemii co teraz - przyznaje pani Wienia. Po Wigilii domownicy udawali się na pasterkę.
W gospodarstwie
Tradycją bożonarodzeniową były też obrzędy związane z pracami gospodarskimi. Jeden z nich polegał na tym, że domownicy częstowali opłatkiem zwierzęta: krowy, konie, kury, koty i czworonogi. - Ten opłatek dawało się pierwszego dnia świąt. On miał zawsze jakiś kolor. Albo zielony, albo żółty - wspomina nasza rozmówczyni. Opłatek kruszyło się i dodawało do innych potraw wigilijnych podawanych zwierzętom. Dostawały one też siano ze świątecznego stołu.
Komentarze