Przez kilkanaście miesięcy drugiej wojny światowej służąc w polskim dywizjonie RAF bombardował miasta III Rzeszy po drugiej tronie Kanału La Manche. Szczęście w boju sprzyjało mu do pierwszych tygodni 1942 roku Osiemdziesiąt lat temu w wodach Morza Północnego rozbił się samolot por. pil. Jana Jabłońskiego topiąc całą polską załogę. Piloci mieli wówczas na swoim koncie ponad 20 udanych startów i w zdecydowanej większości udanych lądowań w trudnych warunkach wojennych. Tylko w ciągu drugiego miesiąca 1942 r. wykonali sześć skutecznych nalotów na miasta (niekiedy portowe) w północnej i północno-zachodniej części III Rzeszy. Wszystko szło dobrze do akcji podczas feralnej nocy z 25 na 26 lutego.
Porucznik Jan Jabłoński ostatecznie przegrał walkę ze znienawidzonym wrogiem, ale na swoim lotniczym fachu znał się doskonale. Urodził się w Dęblinie, 15 maja 1908 r., a dokładnie w Rycicach, które obecnie są częścią miasta. Wychowywał się w rodzinie Wiktora i Antoniny Jabłońskich. Rodzice zadbali o wykształcenie syna. Po maturze dostał się do Szkoły Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie. Dobre wyniki pozwoliły mu po zakończeniu edukacji uzyskać przydział do 3 Pułku Lotniczego, a w nim do eskadry liniowej. W tej formacji przebywał w okresie od października 1938 r. do stycznia 1939 r.
W styczniu 1939 r. porucznik objął dowodzenie plutonem w Szkole Podoficerów Lotnictwa dla Małoletnich z w Krośnie. Nowa służba trwała do wybuchu wojny. Po pierwszych walkach, nie widząc szans na zwycięstwo, we wrześniu razem z Bazą Lotniczą ewakuował się do Rumunii. Z jej terytorium trafił nad Loarę, gdzie podjął służbę w bazie Dinard jako pilot Szkoły Obserwatorów i Strzelców Samolotowych. A po kapitulacji francuskiej armii przeniósł się do Wielkiej Brytanii.
Na angielskiej ziemi por. Jan Jabłoński rozpoczął obecność od edukacji. Przeszedł kurs pilotażu w Szkole Bombardowania i Strzelania Powietrznego. Po jego ukończeniu został przydzielony do polskiego dywizjonu bombowego 301 Ziemi Pomorskiej. Stał się tym samym członkiem jednej z wielu załóg atakujących cele położone po drugiej stronie Kanału Angielskiego (La Manche). Najczęściej bombardowanymi obiektami były miasta położone w III Rzeszy, m.in. Kolonia.
W składzie dywizjonu 301, w nocy z 1 na 2 stycznia 1941 r., por. Jabłoński wykonał swój pierwszy lot bojowy jako pilot bombowca Vickers Wellington BMK IC. Celem misji była Brema (północne Niemcy), nad którą RAF wyekspediował 300 bombowców. Debiutancki lot należy uznać za pomyślny. Samolot Jabłońskiego wrócił do bazy tylko lekko uszkodzony. To duże szczęście, bo dwie inne załogi z 301 dywizjonu nie powróciły na lotnisko. Trudniejsza była misja druga, w nocy 5/6 lutego. Piloci również bombardowali Bremę, ale tym razem samolot Jabłońskiego wrócił do bazy solidnie uszkodzony. Było tak źle, że załoga pauzowała do drugiej dekady lutego 1941 r.
Po przerwie, 20/21 lutego bombardierzy udali się nad Kolonię, a tydzień później nad Dortmund (zachodnie Niemcy). Z obu zadań powrócili bez uszkodzeń, po czym udali się na dłuższy odpoczynek, który potrwał do nocy z 20 na 21 marca 1941 r. Wtedy zostali wyekspediowani do zbombardowania Essen (zachodnie Niemcy). Następny ich lot odbył się w kwietniu (3/4.04.1941 r.) nad Frankfurt (zachodnie Niemcy), z kolei po kolejnym miesiącu przerwy nastąpiła cała seria misji majowych, również w kierunku zachodnim (4/5.05. Brema, 12/13.05. Hamburg, 15/16.05. Manheim, 21/22.05. Brema). Dłuższy cykl zakończyło 6/7 czerwca bombardowanie Rostocka.
Wylatanie drugiej tury bojowej znów zaowocowało dłuższym odpoczynkiem. Dopiero w nocy z 3 na 4 lipca załoga dostała kolejną misję, znowu nad Bremę. Ale nie była ona gorsza w skutkach niż poprzednie. Samolot por. Jabłońskiego wrócił z niej mocno uszkodzony, więc od razu trafił do remontu. Kolejny lot, już na nowej maszynie, odbył się z 10 na 11 lipca nad Emden, tydzień później lotnicy polecieli nad Duisburg (północno-zachodnie Niemcy), a z 17 na 18 lipca przyszła pora na misję nad Morzem Północnym.
Zadanie nad morzem polegało na odnalezieniu zestrzelonych załóg brytyjskich, które wodowały w tym rejonie. Dla ubezpieczenia dowództwo wysłało obok bombowców myśliwce, które chroniły zarówno dywizjony polskie, jak i brytyjskie. Tu też załoga por. Jabłońskiego odniosła sukces. Odnalazła i zrzuciła tratwy ratunkowe dwóm załogom strąconych bombowców. Ocaleni rozbitkowie po powrocie na ląd wysłali nawet podziękowania dla Polaków.
Ratunkowa misja przyniosła kilkudniowy wypoczynek. Następny lot grupy por. Jabłońskiego odbył się 5/6 sierpnia 1941 r., gdy otrzymała polecenie minowania wód portu Lorient (Bretania). Za pięć kolejnych dni 10/11 sierpnia Polacy bombardowali już Essen, a po tygodniu Dortmund. Natomiast ponad wodami znaleźli się znów 21/22 sierpnia minując tym razem port Boulogne (Francja).
Pomyślne loty przerwała niestety nieudana misja z 28/29 sierpnia 1941 r. Załoga por. Jabłońskiego poleciała bombardować Saarbrucken (zachodnie Niemcy). W tym nalocie ucierpiał zarówno samolot, jak też porucznik, nawigator i strzelec (zranienie odłamkiem pocisku przeciwlotniczego). Ich samolot z odstrzelonym tylnym statecznikiem poziomym wrócił do bazy rozbijając się przy lądowaniu. Służba naziemna natychmiast wydostała załogę, a rannych przetransportowała do szpitala. Po tym zdarzeniu por. Jabłoński nie brał udziału w misjach aż do początku 1942 r., gdy swój pierwszy lot po rekonwalescencji odbył 22/23 stycznia nad Munster (północne Niemcy).
Jeszcze tego samego miesiąca piloci odbyli dwa kolejne loty. 25/26 i 28/29 stycznia. Cykl wylotów był kontynuowany także w lutym. W kilkudniowych odstępach piloci bombardowali: 2/3 lutego Munster, 5/6 Rostock, 12/13 Bremę, 18/19 Emden (północno-zachodnie Niemcy), 22/23 Duisburg i 25/26 Kilonię.
Niestety misja nad Kilonię okazała się ostatnią w życiu por. Jabłońskiego. Lot przebiegał spokojnie. Nad celem samolot lekko dostał odłamkami artylerii przeciwlotniczej, lecz leciał dalej. W pobliżu granicy holenderskiej został z kolei wykryty przez patrolujący tę okolicę niemiecki, nocny myśliwiec junkers Ju-88. Wróg nadleciał od tylu do samolotu Jabłońskiego i puścił serię z działek uszkadzając lewy silnik. Mimo, że tylny strzelec odpowiedział ogniem, Niemiec nie zamierzał odpuścić. W drugim nalocie podziurawił zarówno kadłub samolotu, jak też skrzydła. Bombowiec stanął w ogniu i zaczął nurkować rozbijając się o tafle Morza Północnego. W zatopionym Vickersie Wellingtonie śmierć ponieśli: por. Jan Jabłoński, por. pil. Andrzej Kozieł, por. naw. Franciszek Fugiel, sierż. radiotel. Karol Drożdzik, sierż. strz. Wincenty Bujak, sierż. strz. Edmund Dolata. Ciał pilotów nie odnaleziono, mimo że na miejscu pojawiły się samoloty ratownicze. Porucznik Jabłoński został symbolicznie pochowany w Stężycy. Został odznaczony srebrnym krzyżem Virtuti Militari kl. V, trzy razy krzyżem walecznych i medalem lotniczym.
opr. Tomasz Kępka
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze