Reklama

6 lat na Syberii. Wspomnienia Henryka Owczarka - cz. I

"Jurek wchodzi na taboret, zdejmuje obraz Matki Boskiej, bodajże Ostrobramskiej. Podbiega do niego kałmuk, wyrywa mu obraz i trzaska nim o podłogę"

W sobotę 13 kwietnia 1940 roku walenie i łomot do drzwi wczesnym rankiem.  Do mieszkania wtargnęli sowieccy żołnierze na czele z oficerem. Brutalni w zachowaniu i cyniczni w słowach. "Zabierajcie się, jedziecie do ojca. Macie 30 minut!" Przerażenie ogarnęło naszą trójkę. Babcia, siedemdziesięcioletnia staruszka, ja dziesięciolatek i młodszy brat Jurek lat 8 łapiemy co popadło, garnek, czajnik, szczotkę. Jurek wchodzi na taboret, zdejmuje obraz Matki Boskiej, bodajże Ostrobramskiej. Podbiega do niego kałmuk, wyrywa mu obraz i trzaska nim o podłogę. Podnosimy ogólny lament. Lejtnant, młody chłopak, energicznie reaguje, ostudza zapalczywość podwładnego, jest człowiekiem bardziej ludzkim i wyrozumiałym.  Bierze z komody różaniec, wręcza Jurkowi i uspokaja nas mówiąc: "Z tym krestom też można się modlić", a babci poleca brać pościel, ciepłą odzież, ubrania i cenniejsze rzeczy. Sam  pomaga pakować fibrową walizkę i tobołek, babci wręcza "cebulę" czyli zegarek kieszonkowy ojca, pierścionek i obrączki.Wiedział jak niezmiernie cenne było to, co radził zabrać. Jego słowa "zbierajcie się, jedziecie do ojca", były fałszem, ale skąd on mógł wówczas wiedzieć o mającym nastąpić mordzie w Katyniu. Ojciec mój, podporucznik rezerwy był jeńcem wojennym w Kozielsku, a w tym czasie – 13 kwietnia 1940 roku był już przeznaczony na zagładę. Z Kozielska otrzymaliśmy od ojca jeden, jedyny list.

W bydlęcych wagonach

Mama nasza zmarła w Brześciu nad Bugiem w roku 1935, mając 30 lat. Gdy opuściliśmy nasz rodzinny dom na zewnątrz czekała ciężarówka. Były  już w niej cztery kilkuosobowe, szlochające rodziny.  Do tego składu dopchano i nas. Zajechaliśmy na stację kolejową, na tak zwany punkt zborny. Na bocznicy stał skład wagonów bydlęcych, do których wepchnięto nas posługując się kolbami karabinów. Wagony z okienkami po obu stronach okratowane dawały nikłe światło. Bezpośrednio na podłodze i na dwóch pryczach mieściło się około 40 osób, sami starcy, kobiety i dzieci. Mężczyzn nie było. Drzwi zamknięte, ba, nawet zaryglowane na głucho. Przy drzwiach był otwór w podłodze wagonu nakryty stara miską, który służył za ubikację. Osoby starsze korzystające z niej zasłaniały się czym popadło, my dzieci, nie czyniliśmy tego. Stłoczeni w tych wagonach, przy mroźnej wiośnie, w nieocieplanych wagonach, brudni, głodni, nękani chorobami, jechaliśmy w nieznane. Raz na dobę dostarczano do wagonów gorącą wodę tzw. kipiatok, i skąpe ilości chleba czarnego, ościstego, gliniastego. Podczas postoju, często w szczerym polu, wyrzucano z wagonów wprost na pobocze torowiska trupy. Przeważnie niemowlęta i schorowanych starców. Podróż koleją trwała 17 dób. Dokładnie w dniu święta klasy robotniczej 1 maja 1940 roku, po przejechaniu około 4 tys. kilometrów, transport zatrzymał się w Akmolińsku nad rzeką Iszym. Cztery rodziny (razem 12 osób), w tym i moją, skierowano do kołchozu oddalonego od Akmolińska o 100 kilometrów. Jechaliśmy przez trzy doby na północ, rozległym syberyjskim stepem na dwóch arbach zaprzężonych w parę wołów. Zaprzęgami powozili starzy Kazachowie. Na miejscu zesłania stanęliśmy 3 maja wieczorem, w nasze narodowe święto, na placu w środku wsi. Sekretarz Sielsowieta przydzielił nam kwaterę u młodej wdowy Panasiuk Jeleny Antonowny.

Reklama

3 lata wśród stepów

Wieś Zwienigorodka, w której wegetowaliśmy przeszło 3 lata, położona malowniczo wśród rozległych stepów północno-wschodniego Kazachstanu, ciągnęła się na odległość 2 kilometrów od wschodu na zachód dwiema równoległymi, piaszczystymi drogami - ulicami. Między tymi drogami, za rzędami domostw, uprawne ziemie przeznaczono na działki ogrodowe dla kołchoźników, które z reguły świeciły pustką z braku nasion i czasu na ich uprawę. Wokół wsi  rozciągała się  niezmierzona  równina  stepu, wiosną pokryta  bujną roślinnością, aby z biegiem lata wyschnąć na mierzwę. Odległość do najbliższego aułu Kazachów wynosiła 18 kilometrów, a do miastecka Turgaj - 25 kilometrów. Od strony wschodniej, w piękne, pogodne dni, zarówno latem jak i zimą, kiedy powietrze było czyste, świeże, przeźroczyste, widniała panorama Ałtaju. Od strony północnej, na całej długości wsi znajdowało się jezioro o kształcie owalnym, gęsto porośnięte trzciną od południowej strony. Trzcinę używaną jako opał kosiliśmy zimą gdy jezioro zamarzło, specjalnie do tego celu wykonaną kosą. Północna strona jeziora była bez zarośli, płytka, z woda czystą, przeźroczystą aż do dna. Poiliśmy w niej stada owiec, cieląt, krów i koni wypasanych w pobliżu jeziora. We wsi przeważała ludność pochodzenia rosyjskiego, ukraińskiego i białoruskiego, potomkowie dawnych przesiedleńców i zesłańców, których ojcowie nie podporządkowali się nakazowi kolektywizacji swojej ziemi. Osiem rodzin kazachskich mieszkało stale we wsi, podczas gdy większość ich pobratymców jako lud pasterski, koczowała po rozległym stepie, mieszkając latem w jurtach. Do nas, Polaków, zarówno Rosjanie jak i Ukraińcy odnosili się przyjaźnie, podobnie traktowali nas Kazachowie, którzy przejawiali nieraz wręcz wylewność. W relacjach z nimi ich byt materialny niewiele różnił się od naszego. Tak samo byli głodni, obdarci, chorzy i zawszeni. Różnili się może tylko tym, że żyli na swoim, a my, tułacze, wygnańcy, daleko od Ojczyzny.

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo TwojGlos




Reklama
Najnowsze wiadomości