Przed wojną żyło się biednie. Roboty innej niż u bogatego chłopa nie było. Najczęściej przy młócce cepem od rana do wieczora. Takiej roboty starczało do Bożego Narodzenia. Zboże trzeba było zawieźć do młyna i zanieść do spichrza. Dostawało się za to 2 zł. Człowiek się cieszył, że zarobił na pół litra wódki.
Dzieci z liczniejszych rodzin były wysyłane na posługę do pasienia krów. Szczęśliwcem był ten, co dostał robotę państwową. Mój brat na ten przykład dostał się do pracy na lotnisko w Ułężu. W miesiąc zarobił na rower. A taki był rzadko spotykany na wsi.
Życie w Bazanowie
Ile zarabiali nauczyciele w Bazanowie? Małżeństwo Jałochów, co mieszkało z dwojgiem dzieci, miało po 500 zł. To był duży pieniądz. W Bazanowie Starym i Nowym w czterech budynkach uczyli Jałochowie, Salamin i Dębowska. We wsi mieliśmy ochotniczą straż pożarną, na czele której stał Władysław Żaczek. Drewniane domy, kryte strzechą paliły się dość często. Straż była bardzo potrzebna. Działało koło gospodyń. Panie przygotowywały przedstawienia i jeździły z nimi po wioskach. Występowały nawet w Rykach. Prezeską koła była Hanna Rybak, a skarbniczką moja mama, Helena Gruza. Pamiętam, że Jakub Kamiński był gospodarzem na 18 morgach (dawna jednostka powierzchni używana w rolnictwie). Chciał kształcić syna Władysława na adwokata. Nie uradził. Musiałby sprzedać całą gospodarkę.
Stary kościół i mleczarnia na Szkolnej
Targ zbożowy w Rykach często wypełniony wozami konnymi był w kwadracie tu, gdzie dziś jest postój taksówek i pawilon handlowy. Na rynku stał duży, piętrowy budynek żydowski. W kamienicach dookoła rynku mieszkali prawie sami Żydzi, którzy mieli na rogu swoją synagogę. Strona wschodnia od bożnicy do stawu była w całości zamieszkała przez Żydów. Jedynie przy moście mieszkały może ze trzy rodziny polskie.
Tak to zapamiętałem, kiedy byłem z ojcem po homonto dla konia u słynnego na całe Ryki rymarza Tagoskiego. Stary kościół był już rozebrany do okien. Z tej cegły został zbudowany budynek gminy. Stanął w miejscu drewnianego, już rozebranego. Ja go nie pamiętam. Opowiadał mi o nim ojciec. We dworze (pałacu) był wtedy dziedzic Marchwicki. Dalej stał spichlerz, gorzelnia z dużym kominem, pola i ogrody dziedzica. Pomiędzy obecną ulicą Wyczółkowskiego i Wspólną rozciągały się pola księżowskie, plac parafialny i sad, który dzierżawił Jaśkiewicz. Dalej na zachód były tereny należące do Jarmoły. Naprzeciw kościoła, przy ul. Szkolnej, była Kasa Stefczyka. Na rogu Swatowskiej i Wspólnej była mała mleczarnia, gdzie odciągali śmietanę, a chude mleko gospodarze zabierali do domu.
Ryki nie miały przemysłu. Tylko kupcy tacy jak Jan Traczyk, Wacław Jeżewski co wozi wagonami żywiec na Śląsk. Mieli swoich ludzi, którzy jeździli po wioskach i skupowali świnie. Potem odstawiali je na stację kolejową w Rykach.
Kobiety wiejskie robiły sery i masło. Woziły je do Ryk i Dęblina. Wielką radość sprawiały swoim dzieciom, kiedy z takiej wyprawy przywoziły z miasta bułkę, albo kilka cukierków.
Gospodyni, która miała w domu pranie, jeździła z rzeczami nad staw w Ogonowie. Zimą prało się w przeręblach. Przed praniem bielizna była wkładana do "potocki", czyli balii na trzech nogach. Na ułożoną ziemię kładło się szmatę i sypało popiół z drewna. Potem zalewało się gorącą wodą, żeby wytępić zarazki.
Na wsi dużo ubrań szyło się w domu. Gospodynie siały len. Potem przerabiały go na włókno, które przędły na kołowrotkach. Babki na wrzecionach przędły nici, a potem płótno. Z niego szyło się kalesony, portki i koszule.
Niemcy pędzili Żydów na stację
Co mógłbym powiedzieć o Niemcach, którzy gospodarowali w Polsce po 1939 roku? Sołtys dostał nakaz z gminy, kto i ile żywca oraz zboża ma oddać w ramach kontyngentu. Niektórzy musieli oddać prawie wszystko, co wyprodukowali. Zebranie sołtys zbierał w szkole. Każdy przyszedł. Przyjechali Niemcy z tłumaczem. Czytano listę: kto oddał, a kto nie. Ci co oddali to dobrze, a ci co nie i powiedzieli, że nie oddadzą, kładli ich na ławę i lali w tyłek.
Gdy jeden usłyszał, że biją poszedł na zebranie w grubym kożuchu. Kazali mu go zdjąć. Tak bili, że wyszedł przed szkołę na czworaka.
Niemcy za kontyngenty płacili wódką. Nie pamiętam, czy dawali jakieś pieniądze. Bydło i trzodę kazali przyprowadzać na spęd. Wybierali co lepsze. Taki obowiązek ciążył też na tych domach, co ojcowie byli w łagrach. Nie było zmiłuj.
O wyprowadzeniu Żydów z Ryk opowiadał mi nasz sołtys z Bazanowa, Stanisław Rybak. Najpierw zebrali wszystkich na rynku. Obiecując ratunek zebrali złoto i kosztowności. Potem pędzili na stację. Strzelali do tych co szli za wolno, albo byli słabi.
Rybak po wojnie został wójtem w Rykach. Wtedy pomyślano o budowie szkoły w Bazanowie. Ignacy Pilzak, który był starym kawalerem i mieszkał między Starym, a Nowym Bazanowem przekazał plac pod szkołę i boisko. Miał też marzenie, że gdyby mieszkańcy chcieli budować kościół, to on da plac pod budowę. Marzenie się spełniło, choć on sam nie doczekał zakończenia budowy.
Krycie dachów i praca w "Szpulkach"
Od 1949 roku służyłem w wojsku w Kołobrzegu.Trzy lata i trzy miesiące. Do partyzantki, a potem do partii, nie należałem. Kiedy spalił się nam rodzinny dom, dostałem przepustkę i pojechałem kryć dach eternitem. Później krycie dachów to był mój fach. Za Gomułki i Gierka strzechy zastępowano eternitem. Ile ja tego położyłem od 1956 do 1975 roku od Bazanowa i Grabowa po Ryki i Dęblin, to w wagonach można liczyć. Na szczęście nie spowodowało to żadnej choroby, choć dziś eternit uważa się za rakotwórczy.
Dobrze wspominam czasy gierkowskie. Przed, od bramy kościoła po ulicę Warszawską, stało co niedzielę dużo dziadów prosząc o wsparcie. Po wojnie tego nie było. Każdy kto chciał miał pracę. Ja pracowałem w Odzieżowej Spółdzielni Inwalidów 13 lat. Był tam prawdziwy gospodarz - prezes Jan Miłosz, wiceprezesi Pomarkiewicz i Konopa. W zakładzie pracowało 1300 osób. Punkty szycia były w Adamowie i Dęblinie, a do tego chałupnictwo. Na święta każdy dostawał w prezencie pościel. A co się dziś dzieje? Przejeżdżam koło Bakutilu. Pusto. Szyby wybite. Strach wchodzić. W składnicy maszyn rolniczych pusty plac. W Horteksie pracuje 1/3 ludzi co kiedyś. Ludzie bezskutecznie szukają pracy. Do miasta wpuszczono "Biedronkę". Nie pochwalam obecnej gospodarki. Za dużo biedy, za mało pracy. Bardzo ubolewam nad tym, że tak się dzisiaj w Polsce porobiło.
Komentarze